Im dłużej jestem mamą, tym większego przekonania nabieram, że każda matka ma wiedzę medyczną na poziomie studiów wyższych na akademii medycznej, specjalizacja: pediatria. I nie tylko. Gdyby był kierunek: przeziębienia i grypa, albo bardziej precyzyjny: gile, gluty i smarki, podejrzewam, że każda matka miałaby tytuł profesora w tej materii. Powód? Dziecko zanim nabierze własnej odporności (co podobno, jak tłumaczyła mi moja koleżanka, która już z pewnością ma w tym temacie profesurę, następuje ok. 4,5 roku życia), musi przejść przez szereg wirusów i bakterii. Słowem: mieć gluty co drugi tydzień, żeby później tych glutów nie mieć.

Natomiast każda matka, którą znam ma własną technikę leczenia. Ja jestem jedną z tych, które cokolwiek z dzieckiem się dzieje, najpierw dzwonią do zaprzyjaźnionego pediatry (Paweł, oddałabym wiele, żebyś tylko pracował tu a nie w Poznaniu!!!!), a następnie jadą na pogotowie niezależnie od tego czy dziecku zszedł paznokieć podczas nauki jazdy rowerkiem czy ma ból brzuszka niczym konkretnym nieuzasadniony i zero innych objawów. Dawniej, zanim Teo chodził do przedszkola zwiedziłam wiele izb przyjęć, tak potwornie świrowałam na punkcie jego zdrowia. Dziś, ponieważ jest jednym z najzdrowszych dzieci jakie znam, wyluzowałam. Ale do lekarzy chodzę i sama nie biorę odpowiedzialności co dziecku podaję nawet jak ma katar.

Druga grupa mam, to te, które korzystają z wiedzy nabytej od lekarzy i recept na lekarstwa, które realizują na „wszelki wypadek” i dr google’a. I leczą dzieci same. Dopóki naprawdę z małymi nie jest kiepsko. Wtedy dzwonią po wizytę domową i weryfikują czy ich metody są prawidłowe czy tym razem to już coś poważniejszego.

Trzecia ekipa mam, to tak zwane eko-mamy. Leczą dzieci homeopatią, kropelkami, kaszą jaglaną, nie stosują szczepionek i nie ufają witaminom w tabletkach. Te mamy ja uważam za najbardziej wyluzowane, bo sama nie mam odwagi do końca zrezygnować z medycyny konwencjonalnej w przypadku moich dzieci. Ale możliwe, że one uważają, że to ja ryzykuję zdrowiem moich dzieci podając im krople czy syropy ze zwykłej apteki.

Nie oceniając żadnej z tych grup na zasadzie: kto ma rację i co robi złego czy dobrego swoim dzieciom, po kilku ostrych wymianach zdań z bliskimi i dalszymi koleżankami i sąsiadkami, na facebooku i w realu, stwierdzam, że każda mama powinna leczyć dziecko w sposób, który najbardziej jej odpowiada i jest zgodny z jej a nie przyjaciółki, mamy czy siostry przekonaniami. I po 5 latach bycia mamą, uważam, że pora obalić mity, które wszem i wobec krążą na temat dziecięcej odporności.

Wmawiano mi, że dzieci urodzone naturalnie, nie przez cesarskie cięcie mają większą odporność i są silniejsze. Wmawiano, że karmienie piersią chroni dziecko przed chorowaniem. Wmawiano, że dzieci nieszczepione mają większą odporność niż te szczepione. To nie będzie apel z cyklu: ja robię najlepiej, bo moje dzieci mało chorują. Ale znam wiele kobiet, które rodziły przez cesarkę, a ich dzieci są zdrowe i nigdy nie widziałam u nich nawet jednego zaschniętego gila. Są takie, które karmi się piersią a od urodzenia mają katary i inne przeziębienia, jak córka mojej przyjaciółki. I są takie nieszczepione, które z tego co słyszę chorują bez przerwy, a każdy sezon jesienno-zimowy przesiadują w domu z zapaleniem oskrzeli czy płuc i innymi poważnymi choróbskami. Podsumowując: każde dziecko ma swoją własną odporność i swoje predyspozycje do chorowania lub nie. Nie da się postawić znaku równości nawet pomiędzy rodzeństwem.

Teo po raz pierwszy zachorował w wieku 10 miesięcy, kiedy odstawiłam go od piersi – byłam więc przekonana, że to właśnie pierś go chroniła. Ale to nie do końca prawda. Podobno w wieku około 10 miesięcy dziecko ma gwałtowny spadek odporności, a że u nas zgrało się to z zamianą piersi na butelkę, cóż. Tak wyszło. Bianka, ponieważ ma starszego brata po raz pierwszy kataru dostała w wieku trzech miesięcy. Przez rok karmiona piersią i samą tylko piersią (jeżeli chodzi o mleko) oraz kaszami jaglaną, orkiszową, gryczaną, warzywami i owocami kupowanymi od ekologicznych rolników, co drugi tydzień ma zielone gile. I tyle. Na początku płakałam, przeżywałam, szalałam z inhalacjami, nawilżaczami powietrza, wietrzeniem pomieszczeń, obniżaniem temperatury w mieszkaniu (to podobno zdaje egzamin przy przewlekłych katarach), w końcu odpuściłam. Kiedy są gile, gluty czy smarki, należy je wytrzeć, dać kropelki zalecone przez lekarza czy homeopatę i dbać o dziecko, żeby nie rozchorowało się bardziej.

Ale czy to znaczy, że ja bardziej dbam o własne dzieci niż sąsiadka, której dziecko dostało ciężkiego zapalenia obu uszu, albo druga sąsiadka, której równolatka właśnie wychodzi po 3 tygodniach zapalenia płuc i nie wiem ilu antybiotykach, na prostą? Nie sądzę. – To te twoje spacery z dziećmi. Podziwiam cię, że ci się chce. Hartujesz je i nabierają odporności i chorują najrzadziej z całego naszego bloku – komplementuje mnie kolejna sąsiadka. Czy tak jest? Trudno ocenić. Rzeczywiście katuje dzieciaki od urodzenia spacerami na jak się okazuje niezbyt świeżym i zdrowym warszawskim powietrzu. Uczę je, że chodzenie i spacery są ważne. Jedno i drugie uwielbiają się ruszać i nie przepadają za zbyt długim siedzeniem w domu. Ale może to geny? Albo pewnego rodzaju przyzwyczajenie. Matka pcha się na mróz, pomimo, że jej zaraz nos odpadnie z zimna, to pójdę i ja, może zrobimy razem coś fajnego, jak ostatnie nasze ślady dinozaurów na śniegu, etc.?

To na pewno wina odżywiania – powiedzą specjaliści od zdrowej diety. I trudno się z nimi nie zgodzić. Już dwa tygodnie niejedzenia cukru trzymają mnie z dala od kataru, pomimo, że wszyscy dokoła kichają (moje pms-owe zdrady antycukrowej diety pomijam, bo to tylko chwile, a kawę słodzę syropem z agawy) ja się trzymam i jest dobrze. Ale mała Bianka nie zna nawet cukru, bo do tej pory nie wprowadziłam jej go do diety, a katary miewa. A jada zdrowe kasze, ze zdrowym tłuszczem, gotowane w domu a nie ze słoika niewiadomego pochodzenia – trudno, ja nigdy nie uwierzę, że coś co jest tak pozbawione smaku lub wręcz niedobre ma być dobre dla mojego maleństwa. Teoria na temat zdrowej diety a kataru nie do końca więc jest zgodna z prawdą. Ale jednak ten rok na piersi i to domowe jedzenie możliwe, że chronią ją przed gorszymi chorobami, a ten katar trzeba zaakceptować i olać.

No właśnie, jaki jest moim zdaniem najskuteczniejszy sposób na przeziębienie i katar? U dzieci – zaakceptować, u siebie – olać i w przeciwieństwie do większości mam nie rozmawiać w kółko o chorobach. Sama niestety nie raz wpadam w słowotok i później momentalnie czuję się chora i słaba. Przeziębienie i katar dopadają najczęściej kiedy jesteśmy: niewyspani, zestresowani, przemęczeni. Najlepiej jest więc się wygrzać, nafaszerować imbirem, kurkumą, cytryną i miodem (ale nie przeginać z ilością tego ostatniego, żeby gluty nie miały pożywki) i porządnie przespać. I zamiast rozprawiać czy to wirus czy bakteria, czy wziąć lek na grypę czy może aspirynę, zaufać temu co podpowiada intuicja. Jak już wirus rozłoży na łopatki, to wszelkie domowe i naturalne sposoby można sobie wsadzić między bajki. Ale sen jest najlepszym lekarstwem. I nie nakręcanie się co mi dolega i czy to już ptasia grypa czy świńska czy inna. Czy wiesz, że podobno w Warszawie panuje właśnie epidemia grypy, ale nikt nie ogłasza tego publicznie, żeby nie wywołać w ludziach paniki. A może to plotka i legenda lobby farmaceutyków, które atakują za każdym razem, jak włączę telewizor, radio czy odpalę komputer atakują? Wczoraj na instagramie zobaczyłam fanpage nurofenu dla dzieci. Nie wiem co musiałoby mi się przydarzyć, żebym go śledziła, ale jestem już chora od rozmawiania, słuchania i czytania o chorobach.

Życzę więc Tobie i samej sobie więcej odporności na wieści o chorobach i na wszelkie wirusy i bakterie. I więcej luzu. Nawet gile i kaszel kiedyś przejdą, a w taki słoneczny dzień jest dużo lepszych rzeczy do zrobienia niż wizyta w aptece czy przychodni, gdzie nawet jeśli nic ci nie dolega z pewnością wyjdziesz co najmniej z katarem. Może wtedy docenisz moc snu, imbiru i większego dystansu do przeziębień?

 

 

Comments are closed.