Joga przez wiele osób jest błędnie postrzegana jako przynudnawa gimnastyka, podczas której się chrapie lub po prostu zasypia. Ale zwykle wynika to z tego, że albo nie trafiły na dobrego instruktora, albo na nieodpowiednie dla siebie zajęcia. Sama pokochałam jogę dopiero dzięki ekspresyjnemu nauczycielowi, Pawłowi z Joga Centrum Adama Bielewicza, ale kilka razy wcześniej moje wrażenia były skrajne od zachwytu do zniechęcenia i ziewania właśnie. Natomiast doszukiwanie się w jodze modlitwy, pogańskich obrządków czy innych grzechów ciężkich, rozbija mnie na atomy. Dlatego postanowiłam niektórym co nieco wyjaśnić.

Przez jogę rozumie się bardzo różne style ćwiczenia od spokojnej hatha jogi, która uczy wszystkich pozycji – asan, po dynamiczną astanga jogę, podczas której na pewno nie zaśniesz, za to spocisz się bardziej niż na siłowni, poprzez bikram jogę w tropikalnych warunkach: plus 42 stopnie ciepła i para wodna, akro (acro) jogę, podczas której wykorzystuje się siłę mięśni drugiej osoby i siłę odśrodkową (ale można ćwiczyć w większych grupach) i wiele innych gatunków i rodzajów jogi. Sama zaczynałam od hatha jogi, ale nie lubiłam zajęć w grupach dwu- lub trzyosobowych. Zapach potu innych, nieznajomych mi osób oraz bardzo bliski kontakt ich ciał z moim, lekko mnie odrzucił i zmieniłam szkołę jogi, w której się te zajęcia odbywały.

Podczas hatha jogi z Pawłem zrozumiałam, że ciało jogina wygląda jak sprężyna. W dodatku nie tylko instruktora, ale i uczestników jego zajęć. Wytrwanie w asanach jogi Iyengara i powolne liczenie wdechów i wydechów nauczyciela sprawiają, że pot cieknie od czubka głowy po same stopy. Nie ma mowy o ziewaniu. Chyba, że w pozycji trupa, czyli savasanie (ostatnia pozycja, zwana relaksem, podczas której się leży na wznak i pozwala ciału i jego styranym mięśniom odpocząć. Na kilku zajęciach zdarzyło się, że słyszałam chrapanie. Samej zasnąć nie udało mi się nigdy.

Natomiast zakochałam się w jodze dopiero w momencie kiedy zaczęłam ćwiczyć jej bardziej dynamiczną, szybszą odmianę czyli astanga jogę, podczas której wykonuje się sekwencje ćwiczeń zwanych powitaniem słońca (vinyasa). Po kilkunastu powitaniach słońca przeplatanych innymi ćwiczeniami, spływa się potem. Nie, nie jest to dla mnie wyznacznik wartości treningu, natomiast każdy kto regularnie ćwiczy astangę widzi różnice w sylwetce. Ciało jest szczuplejsze i bardziej sprężyste. I co najważniejsze – po takim treningu kręgosłup czuje się jak po masażu. Oczywiście astanga astandze nierówna i są nauczyciele, którzy potrafią doprowadzić twoje ciało do zakwasów i tygodniowego dochodzenia do siebie, a są i tacy, którzy do zajęć podchodzą łagodniej, co wcale nie oznacza, że mniej skutecznie. Chodziłam więc przez kilka lat do Astanga Yoga Studio i byłam bardzo zadowolona.

Do momentu, kiedy nie otworzono Joga Studio Saska Kępa, nieopodal mojego domu. Tam zajęcia odbywają się przy muzyce, są nieziemscy nauczyciele (Edyta, Aldona, Dominika, Michał), przepiękne kameralne wnętrze i rodzinna atmosfera.

Gdzie więc siedzi „szatan” i pogańskie obrządki, skoro cały czas piszę o ćwiczeniu, mięśniach i sylwetce? Jak to diabeł – tkwi w szczegółach. Joga może zacząć i zakończyć się mantrą. Którą możesz (jeśli masz ochotę) śpiewać, ale nie musisz. Wieczorami pali się świece i przyciemnia światło, żeby się zrelaksować. Nie czci się szatana, ani żadnych innych bożków (przynajmniej ja się z takimi zajęciami nie spotkałam, ale może coś straciłam?), nie modli się do nikogo. Bardziej medytuje. Czyli wycisza się koncentrując na wdechach i wydechach. Kiedy plan zajęć jest napięty i pełen kolejnych sekwencji asan (ćwiczeń/pozycji), nie masz czasu na myślenie, zamartwianie się niezrobionym praniem, prasowaniem, niedokończoną pracą. To czas dla ciebie. Wysiłek dla ciała i relaks dla głowy. Po zajęciach, jak po aktywności fizycznej czuć przypływ endorfin. Wychodzisz więc z bananem na twarzy i czujesz się wyprostowana, sprawna, silna i szczęśliwa.

Nic dziwnego, że wielu byłych imprezowiczów po odstawieniu używek zaczyna ćwiczyć jogę i mówi o niej „natural high”. Ciało wygląda młodziej, bo jest smukłe i jędrne, ale nie nabite jak po siłowni. Twarz wygląda młodziej – uczysz się panować nad mimiką i napięciami, z których często sobie nie zdajesz sprawy.

Minusy? Przecież muszą być jakieś minusy. Dla mnie jedynym minusem jest to, że dopiero kiedy regularnie ćwiczę widzę prawdziwe postępy. A z systematycznym chodzeniem przy dwójce dzieci – małych i wymagających uwagi – bywa różnie. Każde wyjście na jogę jest dla mnie jak wykradanie czasu. Swojego lub naszego wspólnego – rodzinnego. Co prawda spędzam z dziećmi mnóstwo czasu: tego który mam i tego, którego nie mam, więc go ode mnie wykradają, kiedy pracuję lub doprowadzam dom do porządku. Ale zawsze można spędzać go więcej.

Natomiast joga jest jak terapia. Kiedy czuję, że wysiada mi bateria, spada cierpliwość i wytrzymałość na sprawy codzienne (patrz: trzecia kupa, nie ma pieluch, skończyło się mleko, a zupa nieugotowana i na dodatek trzeba biec po starszaka do przedszkola, żeby biedactwo się nie zanudził), biorę matę Liform, wskakuję w moje ukochane wygodne ciuchy z organicznych dzianin Starseeds i pędzę na Elsterską. I czas się jakby zatrzymuje, a może zawiesza. Płynie wolniej. Jestem naprawdę tu i teraz. Nie rozkminiam zleceń, niedokończonych rzeczy, zup i kup, tylko ćwiczę ciałem i odpływam umysłem. Czy to grzech? Jeśli tak, to chciałabym być większą grzesznicą i popełniać go częściej.

Kilkuletnia praktyka jogi udowodniła mi, że taki rodzaj aktywności uprawiać warto, ale jego efekty widać, jeśli ćwiczy się co najmniej dwa razy w tygodniu. To i tak mało, ale dla młodej matki bardzo dużo. Ostatnio nie chodziłam przez kilka tygodni z uwagi na ferie, przeziębienie dzieci i niedokończone zlecenia, które musiałam z szybkością błyskawicy napisać. Czułam się okropnie. Bolały mnie plecy i ramiona, budziłam się bardziej połamana niż byłam przez cały dzień nosząc małą, ciężkie zakupy i wykonując milion matczynych zadań. W sobotę powiedziałam, że zostawiam towarzystwo i idę na jogę…

Niestety i tym razem się nie udało. Wychodząc z domu okazało się, że zamek od drzwi się zepsuł i musiałam czekać na pana z serwisu. Poziom szału, nerwów i wściekłości – nie do opisania. Myślę, że przybyło mi z tego tytułu kilka siwych włosów. Nie z powodu samej niedoszłej jogi, ale tej bezradności, że jednak jesteśmy zależni od takich sytuacji i czasami choćby się bardzo chciało wyjść z domu – nie da się. Zamek został wymiony w ramach gwarancji (700 złotych pozostało szczęśliwym zbiegiem okoliczności na koncie), a jogowa sobota została zastąpiona dzisiejszą przedpołudniową Vinyasą Flow z Edytą.

I znów poczułam, że plecy nie muszą mnie boleć, że wcale nie mam potrzeby się garbić i wyrabiać sobie podwójnego podbródka, marszczyć lwiej zmarszczki i siadać zgięta w pałąk. To wszystko na jednych zajęciach? Ciało zapamiętuje i nawet jeśli masz przerwę w ćwiczeniu (z powodu braku czasu, chorujących dzieci czy rozwalonego zamka), rozgrzewa się nieco dłużej niż wtedy, kiedy ćwiczysz regularnie, ale wchodzi na inne tory. Coraz lepiej wyginasz się w skrętach, coraz mocniej prostujesz nogi w kolanach i coraz sprawniej wychodzą ci powitania słońca. Jesteś trzcinką-joginką, supersilną i supersprawną. I to jest najlepsze.

Natomiast joga to też nauka dla głowy (może stąd te skojarzenia z grzeszeniem i bogami). Kiedy odpuszczasz zastanawianie się czy twoje ciało umie, potrafi, może czegoś dokonać – dzieją się cuda. Takie jak na tym zdjęciu z Arturem Wiśniewskim. Namówił mnie na akro jogę, której się bałam, brzydziłam, wstydziłam (bo się zniechęciłam na pewnych zajęciach, podczas których miałam podnieść stukilowego spoconego faceta), po warsztatach prowadzonych przez Agnieszkę Krool. Widząc mój strach i zniechęcenie – udowodnił mi, że rzeczy, które wydają się niemożliwe są całkiem osiągalne. I za to jestem mu bardzo wdzięczna! Akrobatki ze mnie nie będzie, ale już się nie boję. I wiem, że trzeba wyłączyć zastanawianie się i rozmyślanie czy się uda. Skoro ja mogłam unieść się nad ziemię i „polatać”, to każdy może. To kolejna możliwość, którą daje nam joga. I jeszcze jeden fakt, do którego przekonał mnie Marc Laws (jogin, ambasador Starseeds i Boys of Yoga), z którym robiłam wywiad dla wp.pl. Joga nie ma ograniczeń wiekowych. Można ją ćwiczyć od małego do późnej starości. To tylko kwestia przełamania się i spróbowania. I naprawdę warto.

 

Comments are closed.