O karmieniu piersią słyszałam różne legendy, ale najbardziej absurdalną z nich jest ta, że rośnie po jego zakończeniu biust. Każda kobieta, która ma choć jedno, choć kilka miesięcy karmione dziecko, zdaje sobie doskonale sprawę z tego, że to mit. A nawet żart. Choć ostatnio w rozmowie z koleżanką słyszałam o wersji jednego lekarza ginekologa, który twierdzi, że piersi wiotczeją nie od karmienia, ale od ciąży, podczas której rosną i rozciągają skórę. Zostawiamy dziś mity i patrzymy prawdzie prosto w… duże niebieskie oczy.

Przeglądałam niedawno zdjęcia sprzed okresu ciąż i dzieci i nie mogłam wyjść z podziwu jak jędrne i kształtne miałam wówczas piersi. Nigdy ich nie eksponowałam, bo nie wydawały mi się specjalnie wyjątkowe, do momentu, kiedy nie zamieniły się podczas karmienia synka w niesymetryczne balony (wtedy były dość osobliwe). Dlaczego niesymetryczne? Pozostałość mleka z butelki można wylać do zlewu, a z piersi, przy której zasnęło dziecko i nie dokończyło kolacji – nie bardzo, szczególnie kiedy jest ryzyko, że za pół godziny się o tę resztę mililitrów upomni i zatankuje do pełna.

Balony rosły więc i kurczyły się. Raz mieściły się w specjalnych miękkich biustonoszach, innym razem odciskał się na nich każdy szczegół tych biustonoszy. Nie czułam się z nimi superkobieco, bo szczerze mówiąc tak wielki biust nie pasuje do mojej figury, ani osobowości (jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało – nie pasuje również do stylu ubrań jakie lubię nosić). Ale te piersi matki karmiącej wielkiego syna (kiedy po 10 miesiącach przy cycu postanowiłam karmienie zakończyć, ważył 12 kg) z czasem wcale nie były takie najgorsze. Co z tego, że nierówne i o każdej porze dnia czy nocy innego rozmiaru. Ale przynajmniej były. Widziałam i czułam je. Po czym, po odstawieniu synka od piersi miałam wrażenie, że wraz z odcięciem mleka, odcięłam sobie cycki (a może ktoś mi odciął?). Dosłownie tak wyglądałam.

Nie dość, że przypominałam budową wieszak – wspominałam już o tym wiele razy na blogu: karmienie to najlepsza dieta odchudzająca, przynajmniej w moim przypadku i wszystkich bliskich kobiet z mojego otoczenia oprócz tych, które po odstawieniu dziecka od piersi, same nie odstawiły wchłaniania drożdżówek i pączków w ilościach hurtowych – to jeszcze przód i tył ciała wyglądały dość podobnie. A może nawet łopatki mocniej mi wystawały niż te dwa smętne wspomnienia po biuście.

Co było dalej? Zabiegi SPM w Elite Centrum Laseroterapii (te same, co na powyższym zdjęciu). Zabiegi wykonane w serii rzeczywiście ujędrniają skórę, jak i stawiają na „nogi” same piersi. I zdecydowanie przyspieszają powrót tej części ciała na miejsce. Bez ich pomocy nie widziałabym własnych piersi przez kolejnych 12 miesięcy (tyle mniej więcej niezbyt obfitym biustom zajmuje powrót do siebie po karmieniu piersią, jak wynika z wywiadu z matkami – Polkami, który przeprowadzałam w ciągu ostatnich kilku miesięcy).

Dlatego po wykarmieniu córeczki (ponad 12 miesięcy, bo wydawała mi się taka mała i taka „biedna”, i taka narażona na wirusy i bakterie znoszone do domu przez starszego przedszkolaka), mój biust leżał jeszcze niżej. A raczej wisiał. I przypominał dosłownie dwie rozciągnięte skarpety wypełnione na dole niewielką ilością przemieszczającej się na wszystkie strony masy. Ale było tego tak mało, że nawet test ołówka na obwisłe piersi (tym, które go nie znają podpowiadam: jeśli włożysz pod biust ołówek i on nie wypadnie, to znak, że twoim piersiom brakuje jędrności) się nie sprawdził. Ołówek leciał na podłogę, bo nie miałam nawet gdzie go wpasować…

Przesadzam? Akurat pomimo dużego dystansu do samej siebie i własnego ciała, naprawdę miałam po raz pierwszy w życiu takiego doła na punkcie wyglądu. Dopiero pojęłam, jak muszą cierpieć dziewczyny, które taki biust mają od zawsze i te, które podobnie jak ja – po ciążach i wykarmieniu gromadki dzieci straciły kształt piersi i majta im się w pasie jakaś dziwna pamiątka skórna.

Znów byłam chuda. Przyjaciel, który jest fanem wielkich biustów i pup oznajmił jak zwykle szczerze: – Mary, ale ty już w ogóle nie masz dupy.

Zostałam więc kobietą bez biustu i bez pupy. Wieszakiem kościstym w za dużych ubraniach. Posypały się pytania czy nie przesadzam z głodzeniem się, a może nie mam czasu jeść przy dwójce dzieci? A kiedy tłumaczyłam, że taki wygląd to skutek uboczny karmienia piersią, wiele koleżanek reagowało na to śmiechem. Widać nie u każdego laktacja tak działa jak u mnie (podobno wyprodukowanie mleka to wydatek 800 kcal dziennie, ale mam wrażenie, że u mnie spalanych było ich znacznie więcej). Zrozumiałam też, że każda z nas ma inną budowę (wiem, odkrycie wyjątkowo bezmózgiej blondynki), a wraz z tą budową związany jest nie tylko sposób, w jaki tyjemy, ale i w jaki chudniemy. Przypomniałam sobie, że przez lata wahań wagi (w młodości ważyłam co najmniej 10-12 kilo więcej niż dziś) za każdym razem kiedy szczuplałam, pierwsze zmniejszały mi się piersi i pupa. A fałdy na brzuchu ani drgnęły do momentu kiedy zaczęłam intensywniej ćwiczyć jogę i zrezygnowałam z kilku produktów spożywczych (goodbye Heineken, goodbye Żubr).

Po około dwóch miesiącach od odstawienia małej od cyca, coś jakby się zmieniło w okolicy klatki piersiowej. Coś na kształt piersi zarysowało się, nie mniej, było tak małe, że można to było oglądać przez lupę. Rodzynki? Poszłam więc znów na serię zabiegów SPM. Na czym polegają? Najpierw kosmetyczka robi piling na całym dekolcie, następnie nakłada na niego olejek, bierze głowicę ze specjalną ssawką, która zasysa skórę na powierzchni piersi. I raz przy razie, kółeczko po kółeczku unosi skórę na piersiach. Efekt? Tuż po takim masażu jest mocno zaróżowiona i wydaje się bardziej wypukła (ewidentnie takie działanie poprawia ukrwienie skóry w tej okolicy). Następnie na ok. 40 minut zakłada na piersi plastikowy stanik, przymocowuje go do pleców, żeby się nie przesuwał. Stanik jest magiczny, bo zasysa całe piersi i je „wypuszcza”. I tak w kółko przez 40 minut.

Niektóre kobiety podczas tego zabiegu podobno śpią. Ja nie umiałabym, bo jest to jednak uczucie, które przypomina mi działanie laktatora, z tym, że w przeciwieństwie do tego drugiego, podczas ssania SPM – na szczęście nie bolą sutki. Za to ćwiczą całe piersi, co można boleśnie odczuć na drugi dzień. Mam zakwasy, jakbym biustem podnosiła ciężary.

Kto oprócz mnie chodzi na SPM? Kosmetyczka, która zrobiła mi już dwa zabiegi i z którą przez kolejnych kilka tygodni będę mieć kolejne spotkania ku pokrzepieniu serca i podniesieniu cyca, powiedziała mi, że najczęstszymi klientkami tego zabiegu są byłe matki karmiące. Że u każdej widać ogromny spadek jędrności biustu i spadek samooceny w związku z powyższym. A po serii tych zabiegów, piersi szybciej wracają do stanu sprzed karmienia i ciąży, a przynajmniej się znacznie poprawia ich jędrność.

Czy tak będzie w moim przypadku? Bardzo na to liczę, bo brak biustu mocno ingeruje w zmianę proporcji w sylwetce. Biodra wydają się kosmicznie szerokie, a ja – jeszcze wyższa niż w rzeczywistości. Z drugiej strony, mam dwoje wspaniałych, wykarmionych przeze mnie, wypasionych dzieci, więc wiszący zanik biustu jest tak naprawdę żadnym problemem. Nikt nie jest idealny, a ja nie muszę na szczęście pozować do nagich sesji zdjęciowych, więc wielkiej presji na punkcie kształtu piersi nie czuję. Tyle tylko, że tęsknię za nimi i mam nadzieję, że wrócą i się zadomowią, choćby o 1,5 rozmiaru mniejsze, ale nieco bardziej jędrne. I jak tylko zakończę serię SPM, dokładnie opiszę czy warto.

Póki co, czuję, że warto dla własnego lepszego samopoczucia. Robię coś dla siebie, dla swojego wyglądu i już sam ten fakt daje mi lepszy humor. Do tego stopnia, że mam wrażenie, że już przez ten tydzień piersi się uniosły;) Jak tak dalej pójdzie wylądują pod moją brodą…

 

Comments are closed.