Większość matowych pomadek ma dwie zalety i jedną wadę. Do niewątpliwych dobrych stron takiej szminki należą: wyrazisty kolor i trwałość. Minusem jest zwykle to, że przesuszają cienką i delikatną skórę ust. Ideałem byłoby więc połączyć trwałość, mocny kolor i dodać kroplę pielęgnacyjnego balsamu. Czy to się udało?

Matowe usta, to wyraziste usta

Szminka o matowym wykończeniu wbrew pozorom wcale nie pomniejsza optycznie ust. Jeśli jest w ciemnym, intensywnym kolorze i mocno nasycona pigmentami, może zadziałać na nie jak szkło powiększające. Szczególnie jeśli zagłębienie nad łukiem Kupidyna podkreślisz rozświetlaczem – o zastosowaniu rozświetlaczy pisałam w tekście Oświecenie. Test rozświetlaczy

Natomiast matowa pomadka może usta wysuszyć i zamienić je w wiórek, ponieważ naskórek na ustach jest wyjątkowo cienki i delikatny. Dlatego, kiedy udaje mi się znaleźć matową, ale przy tym kremową pomadkę pieję z zachwytu i pośpiesznie donoszę na blogu. I pod lupę biorę każdą, która się na taką kreuje. Większość niestety nie zdaje egzaminu, choć trzy w tym roku mnie zachwyciły: Marc Jacobs Purr-fect!, Wings of Color w kolorze nr 33 Red AA (więcej na jej temat można przeczytać we wpisie Makijaż dzienny. Pstryk. Wieczorowy oraz Huda Beauty w kolorze Trophy Wife, którą ku mojej rozpaczy zgubiłam na imprezie służbowej. Nie z powodu zbyt dużej ilości procentów, tylko zbyt małej torebki w stosunku do potrzeby tańca…

Wracając jednak do matowego wykończenia, to ten sezon, jak już wspominałam w artykule w „Be Active” oraz wielokrotnie w postach na instagramie a także pod tym linkiem na blogu, jest mniej wymagający precyzji niż poprzednie. Najmodniejsze usta nie są idealnie dopracowane. Wręcz przeciwnie. Do rozświetlonej lekkim podkładem lub produktem nabłyszczającym skóry genialnie pasują i nie trzeba być makijażystką, żeby sobie takie zrobić i przy tym nie straszyć. Dlatego gorąco namawiam, żebyś takiego wykończenia ust spróbowała. Możesz wykorzystać znajomość tematu, w który wtajemniczyła świat kosmetyków – i swoją drogą rozpętała szał na matowe usta – Kylie Jenner i działać taką szminką powiększająco. Czyli malować je w neutralnym kolorze (zbliżonym do twojego naturalnego odcienia ust) 1-2 mm poza konturem. I dodatkowo dodać im trójwymiaru dzięki wspomnianemu już rozświetlaczowi. Efekt: superusta, które wyglądają świetnie przez wiele godzin, nawet podczas spotkania świątecznego przy śledziu;)

Test matowych pomadek na własnych ustach

Phyto Lip Twist Sisley są wykręcane jak pomadki, intensywne jak kredki do ust, mają matowe wykończenie, ale przy tym na opakowaniu widnieje nazwa Tinted Balm (balsam kolorujący). I już chcę protestować, że skąd się taka nazwa wzięła przy matowej szmince, kiedy makijażystka nakłada mi pierwszy kolor, czyli fiolet nr 20 (na moje szczęście przypomina zagubioną pomadkę w płynie Huda Beauty!!!) i mięknę. To naprawdę jest balsam nawilżający. Aplikowany pędzelkiem wydaje się stapiać ze skórą. Fiolet utrzymuje się na moich ustach do końca dnia, więc jestem zadowolona i zaciekawiona produktem.

Od rana nakładam więc jaśniejszą, choć wyjątkowo intensywną pomadkę w kolorze dojrzałego głogu lub jaśniejszego czerwonego wina czyli Phyto Lip Twist w odcieniu 21 Ruby Mat, Sisley. Jest świetna do tak zwanego make up no makeup. Pięknie podkreśla oliwkową tęczówkę i rozświetla skórę. Trzyma się kilka godzin bez zarzutu, choć jem, piję i żyję jak zwykle w ciągu dnia pracy – dużo siedzę przed komputerem, zapalam lampę do zdjęć i gadam z koleżankami. Podoba mi się, że na ustach nie mam uczucia spierzchnięcia skóry, tylko przeciwnie – jakbym nałożyła na nie odżywczy balsam.

W połowie dnia nakładam Phyto Lip Twist w odcieniu 20 Drama, Sisley – nie dlatego, że tamten kolor mi się znudził, ale po to, aby zrobić zdjęcie na bloga i pokazać efekt dwóch różnych kolorów na ustach. Jest dokładnie tak, jak mówiła makijażystka marki Sisley – tę szminkę lepiej jest nakładać bezpośrednio na usta (niezależnie od koloru). Dopiero wtedy uzyskuje się pełny efekt kolorystyczny, a usta dostają zastrzyk odżywienia. Obie pomadki dostają u mnie ogromny plus za jakość, kolor, odżywienie skóry, trwałość. I dwa minusy za pozostawianie śladów (causy jednak są widoczne i na kubku od kawy i na ustach mojego Michała;)) i za trudne zmywanie – jeśli nie masz w domu olejku do demakijażu, kolor wchodzi w usta niemal jak tatuaż i jest nie do usunięcia! Dlatego nie ma tutaj miejsca na nieudane eksperymenty;)

A tak na sto procent serio, polecam je w sezonie zimowym, kiedy usta bywają przesuszone i spierzchnięte od ogrzewania, zimna i wiatru. Do jakiego makijażu? I do metalicznego linera i do czarnych rzęs i make up no make up. Tak naprawdę to już zależy od tego w czym czujesz się i wyglądasz dobrze. Dla mnie te kolory mają taką moc (testowałam dwa, ale marka Sisley ma w ofercie znacznie więcej, w tym genialny odcień nude podobny do mojego panterkowego Jacobsa), że wystarczają za cały makijaż.

Comments are closed.