Instagram na jej punkcie oszalał. Esencja jednorożców – Unicorn Essence Farsali ma niemal tyle samo polubień, co sama jej autorka, Farah Dhukai. Czy rzeczywiście zmienia skórę jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki? Sprawdzam.

Efekt glow

Najbardziej pożądana skóra to ta delikatnie rozświetlona, która wygląda na zdrową, młodą i wypoczętą (więcej na ten temat znajdziesz we wpisie Oświecenie. Test rozświetlaczy). Już dawno do lamusa odeszła matowa cera, która sprawdza się tylko w telewizji a na zdjęciach ewentualnie w okolicy nosa. Glow świeci najjaśniejszym blaskiem w mediach społecznościowych, przede wszystkim na Instagramie, gdzie blogerki, makijażyści i influencerzy prześcigają się w zawodach na najbardziej rozświetloną skórę.

Natomiast większość blogerów, youtuberów, jak i domorosłych makijażystek poleca esencję Farsali. Czy to jakaś epidemia? Pomyślałam – dopóki nie przetestowałam sama na własnej skórze…

Efekt WOW!

Nakładam różowe krople na skórę – niestety nie wygląda to tak spektakularnie jak na nagraniach youtuberek, więc nie wrzucę tego zdjęcia, natomiast po chwili czuję landrynkowy zapach. Pamiętasz białe landrynki, albo może byłaś z dzieckiem w fabryce cukierków lub manufakturze lizaków? Właśnie tak pachnie Unicorn Essence, co jak na moje nozdrza jest trochę zbyt mocnym uderzeniem lukrowatości pod wąsem. A samego produktu z początku się obawiam – wygląda jak płynny brokat, albo jak żel pod prysznic z kolekcji Barbie dla dziewczynek. Zakładam więc, że z pewnością mnie uczuli (wiem, kiepskie nastawienie, ale sam zapach i ten brokat nie wróżą niczego dobrego).

Natomiast po minucie moja skóra wygląda genialnie. Jestem w szoku – spójrz na zdjęcie z lewej strony – na tej części twarzy użyłam Unicorn Essence Farsali i na zdjęcie po prawej – bez niczego poza kremem. Różnica jest widoczna: pory wydają się mniejsze, koloryt jest wyrównany, więc cera wydaje się idealna, naczynka wokół nosa dużo mniej widoczne niż na drugiej części twarzy. Jestem pod ogromnym wrażeniem i nakładam Unicorn Essence na całą twarz.

Testuję go przez kilka dni, ale dostaję uczulenia po użyciu suchego szamponu (nie wspomnę której marki, bo w ogóle nie powinnam stosować produktów w spreju), więc odstawiam na tydzień, żeby nie podrażniać i tak biednej już skóry. Później – po ok. dwóch tygodniach przerwy, wracam do produktu i sprawdzam czy aby na pewno ta brokatowa esencja jak z toaletki pięcioletniej księżniczki, jest dla mojej skóry dobra.

Przepytuję Skin Ekspertkę, Agnieszkę Zielińską o skład Unicorn Essence Farsali. Odpowiada mi, że nie jest źle, ale sama nie wie jak moja skóra to zniesie (zwykle uczulają mnie komponenty zapachowe, a to ustrojstwo na maksa pachnie). Produkt zawiera liposomy – zapomniany składnik, na który był totalny szał w latach 90. – te wypychają drobne linie i wyrównują pory wygładzając powierzchnię skóry. Poza tym w Unicorn Essence są również antyoksydanty, które działają na skórę rozświetlająco i pigmenty rozpraszające światło – ów „brokat”.

Esencję Farsali, można więc nazwać czymś pomiędzy serum (liposomy + antyoksydanty) i bazą pod makijaż (pigmenty rozświetlające + drobno zmielona mika). Można ją stosować na krem, albo łączyć go z kremem jeśli nie używasz podkładu, albo pod makijaż. Ale znam też sposób mieszania jej z podkładem, który dzięki niej zamienia się wówczas w bardziej transparentny i świetlisty.

Jak się nosi Unicorn Essence?

Ponieważ miałam przerwę w jego stosowaniu i wróciłam do niego kilka dni temu, mogę z ręką na sercu powiedzieć, że akurat dla mnie esencja jednorożców Farsali okazała się łaskawa. Moja skóra ją bardzo lubi. Wygląda świeżo przez cały dzień. Nie widać na niej zmęczenia – fakt faktem, że zrobiłam wampirzy lifting, o którym można przeczytać we wpisie Na własnej skórze. Wampirzy lifting, czyli mezoterapia osoczem bogatopłytkowym – natomiast przed tym zabiegiem widziałam dokładnie tę samą poprawę kondycji skóry. Wygląda na gładszą, jaśniejszą i młodszą. Makijaż dłużej się utrzymuje w dobrym stanie i nie wymaga poprawek.

Lubię nakładać Unicorn Essence Farsali na szyję, której nie maluję podkładem i na dekolt, kiedy noszę rzeczy, które go odsłaniają – ostatnio rzadko, ale wygląda rewelacyjnie. Skóra jest gładsza, promienieje blaskiem i nie widać na niej niedoskonałości, więc przyznaję rację, że to produkt – odkrycie i must have każdej fanki makijażu z efektem glow. Oczywiście konkurencja nie śpi i bardzo lubię też efekt, który daje skórze Nawilżająco-rozświetlająca baza pod makijaż Illuminating Moisture Balm Bobbi Brown, o której można więcej przeczytać pod tym linkiem.

Natomiast Unicorn Essence w porównaniu ze wspomnianym produktem Bobbi Brown daje zdecydowanie większy efekt wygładzenia i wyrównania skóry. Polcam ją więc do korekty drobnych zmarszczek, wyrównania porów do cery tłustej i mieszanej i do skóry z przebarwieniami. Jest to jeden z najfajnieszych produktów jakie ostatnio testowałam i zaczynam być jego ogromną fanką, pomimo, że z jednorożcami mam niewiele wspólnego;)

A jak wygląda skóra posmarowana Unicorn Essence Farsali + podkład Bobbi Brown – zobacz na zdjęciach poniżej. Bez żadnych filtrów i photoshopów – to właśnie różowa esencja wykonuje za nie całą robotę!

Comments are closed.