Dżungla w sercu warszawskiego Mokotowa. Wśród palm i kaktusów, zieleni i turkusów można tu zupełnie odpłynąć i zapomnieć o szarości, smogu i betonie. Mr & Mrs Spa to miejsce, w którym zadba o dobry wygląd i samopoczucie zarówno dyrektor dużego banku, jak i młoda mama.

Dobra energia

Mr & Mrs Spa już z zewnątrz wygląda inaczej niż pozostałe gabinety kosmetyczne – akurat na Mokotowie jest ich mnóstwo – zieleń, złote palmy, ręka Fatimy, która stanowi logo tego miejsca. Natomiast po wejściu zaczynam się uśmiechać od ucha do ucha. Witają mnie Budda, kamienny podświetlony jasny kontuar i fikusy, monstery, filodendrony i przepierzenie z bambusów. Czuję się jak w Azji, do której się wybieram jak sójka za morze…

Pomimo, że nie wyglądam jak gwiazda, ani nie podjeżdżam luksusowym samochodem tylko My Taxi, pani na recepcji wita mnie ze szczerym, niewymuszonym uśmiechem. Mina jej nie rzednie i nie zmienia się diametralnie – co wiele razy spotkało mnie już w naszym wspaniałym mieście – tylko jest naturalna i zadowolona z tego, gdzie jest i co robi. Lubi ludzi i to od razu widać od pierwszego spojrzenia – brawo za właściwą osobę na właściwym miejscu. To naprawdę rzadkość!

Melduję się i wchodzę do szatni dla kobiet. Wyciągam szlafrok i kapcie z małej szafki, przebieram się i jestem zaproszona do strefy relaksu pod palmami, gdzie czekam na panią, która będzie dziś robiła mi masaż Kobido. Wypełniam skrupulatną ankietę dotyczącą stanu skóry i zdrowia i pojawia się Paula – masażystka, która mnie zaprasza na Borneo (każdy gabinet nosi nazwę innej azjatyckiej wyspy).

Paula jest ciepłą brunetką, której uśmiech nie schodzi z twarzy. Ma świetne poczucie humoru i naprawdę niezłą wiedzę na temat skóry, ciała, twarzy, kości, powięzi i zdrowia człowieka. Nie da się jej na niczym zagiąć. Studiując uważnie moją kartę oznajmia, że nie może mi za pierwszym razem wykonać stuprocentowego Kobido, bo to masaż bardzo głęboki, którego się na pierwszym spotkaniu nie poleca.

Natomiast wprowadzi pewne elementy Kobido – również biorąc poprawkę na to, że dwa tygodnie temu miałam mezoterapię osoczem bogatopłytkowym, o której więcej pisałam w artykule Na własnej skórze. Wampirzy lifting, czyli mezoterapia osoczem bogatopłytkowym – ale połączy je z kilkoma innymi technikami, m.in. drenażu limfatycznego, akupresury, itp. Po takim wstępie, czuję pełne zaufanie i wiem, że w rękach pani Pauli, jestem bezpieczna. Patrzę się na morski turkus na ścianach i suficie i zachwycona czuję, że naprawdę odpoczywam. Koloroterapia działa – w tym wypadku morskie kolory koją moją rozedrganą tempem mieszczucha duszę.

Masaż jak trening

Powiedzieć o zabiegu w wykonaniu Pauli z Mr & Mrs Spa, że był przyjemny to jak nic nie powiedzieć. Z resztą to nie jest relaksacyjne mizianie piórkiem czy opuszkami palców. Ten rodzaj masażu porównałabym do konkretnego treningu, który w pewnych momentach był nawet bolesny. Powód: masażystka Paula naciska i masuje tkankę powięziową – łączącą mięśnie z nerwami i skórą. A taki typ zabiegu przypomina bardziej gimnastykę niż spanie. Zaskakuje mnie nie tylko umiejętnościami.

– Czy często panią boli głowa po prawej stronie, na odcinku od skroni do ucha? – pyta, a ja przyznaję, że ostatnio tak. Ale, że ten bół łączyłam z myciem włosów i zalewaniem wodą ucha, bo zawsze jest z tym tępym bólem na czole równoległy.

– Panią boli miejsce, w którym miała pani uraz, którego skutkiem jest ta duża blizna na czole. I ten fragment należy konkretnie rozmasować i nad nim popracować. Jeżeli w wieku 35 lat zaczyna panią w tym miejscu boleć głowa, proszę sobie wyobrazić co będzie za 10 czy 15 kolejnych? – uświadamia mi problem, z którego nie zdawałam sobie sprawy.

Rzeczywiście jako trzylatka skakałam po materacu ze starszym o jedenaście lat kuzynem i wyrżnęłam głową o kaloryfer. Miałam nic nie mówić przez telefon mojej mamie w zaawansowanej ciąży, że miałam szytą głowę, więc jej się rozryczałam do słuchawki – byłam pod opieką babci u wujka w Poznaniu…I ta blizna, ten przez wiele lat kompleks i źródło wstydu – dziś w ogóle sobie z jej obecności nie zdaję sprawy – to dziś źródło bólów głowy. Paula wyjaśnia mi, że swojej mamie, która miała jeszcze gorszy wypadek w dzieciństwie, masując bliznę na czole uśmierzyła wszelkie bóle głowy. Podejmuję więc decyzję, że zostanę jej stałą klientką-pacjentką.

Natomiast mocną rzeczą jest masaż powięziowy szczęk. Cholernie boli, bo to właśnie w szczęki (podczas zaciskania zębów), pakuje się wszelkie stresy, emocje, niepowodzenia. Szczęki, a raczej ich zawiasy czuję najmocniej, ale pod koniec masażu odczuwam niezwykłą lekkość w całej twarzy i lekki wsteczny bieg w głowie.

Ale wiedza masażystki robi na mnie coraz większe wrażenie. Pomimo, że masuje mi twarz, szyję, kark i dekolt, patrzy na całe ciało. Oznajmia, że mam krótszą jedną nogę, bardziej dociążone biodro. Pyta czy nie miałam przypadkiem ciężkiego porodu… Każde jej pytanie mnie zadziwia, bo czuję się trochę jak u szamana czy właśnie azjatyckiego specjalisty od medycyny chińskiej.

Puszczają mi wszelkie napięcia i w twarzy i w ramionach i w karku. Jestem lekka jak piórko i mam konsystencję galaretki, albo meduzy, która lekko dryfuje na kanapę, żeby napić się zielonej herbaty – swoją drogą przepysznej!

Po masażu z elementami Kobido, akupresury i drenażu limfatycznego, wyglądam zupełnie jak nie ja. Natomiast po relaksie w strefie palmowej i popijaniu herbaty, jadę do domu, gdzie nie ukrywam – jestem do końca dnia rośliną. Na więcej aktywności mnie nie stać. Jeśli więc będę się tu wybierać po raz drugi – a planuję to zrobić już w marcu – z pewnością wybiorę znów popołudniową godzinę. Taki głęboki masaż – choć to podobno była jego wersja soft – jest niesamowicie odmóżdżający. Relaksuje, ale wprawia mózg w stan alfa, więc nic poza przytulaniem najbliższych i oglądaniem serialu nie mam siły robić.

Na drugi dzień budzę się superwypoczęta, pełna energii idę na jogę, a następnie siadam do komputera i produkuję treści jak maszyna do pisania. Mam wrażenie, że Paula zdjęła ze mnie wszelkie bóle i uciski, o których nawet nie miałam pojęcia, że istnieją. Mam tak czysty umysł, że wszystko idzie mi dwa razy szybciej niż zwykle. Chcę do niej zapisać mojego Michała, który jest introwertykiem i niejeden stres pakuje do środka i moją mamę, która cierpi na potworne kilkudniowe migreny. A sama się zapisuję na terapię mojej blizny. Nie chcę już czuć takiego ciężaru w głowie jak przez ostatnich kilka tygodni (swoją drogą to jest niezłe, że nie zdawała sobie sprawy ile razy ból ćmił mnie a ja zrzucałam winę na zmianę pogody, ciśnienia czy niewyspanie).

Spa jak weekendowy wypad

Mr & Mrs Spa Marzeny Kanclerskiej – najbardziej znanej w Polsce manikiurzystki i założycielki sieci Nail Spa w Warszawie i Krakowie to jednak znacznie więcej niż niesamowita masażystka Paula. Marzena Kanclerska stworzyła je po pierwsze: żeby każdy zabiegany człowiek mógł na chwilę odetchnąć, zrelaksować się i nabrać sił, a po drugie: żeby i kobiety i mężczyźni mogli czuć się w nim swobodnie.

W większości gabinetów, dla facetów jest jeden w porywach do trzech zabiegów. W Mr & Mrs Spa jest specjalnie dedykowana oferta dla męskiej części klientów, w której naprawdę można znaleźć coś dla ukochanego, brata czy kochanka. Panowie dostają osobną szatnię, mają specjalny rozmiar szlafroków i kapci i nie muszą czuć skrępowania, że przyszli o siebie zadbać. Wręcz przeciwnie! Właśnie w tym gabinecie przełamuje się stereotypy. Prawdziwy mężczyzna też może – a nawet powinien – o siebie zadbać i czuć się dobrze w swojej skórze.

Poza kosmetyką twarzy i masażami twarzy i ciała, w Mr & Mrs Spa możesz zrobić manikiur, pedikiur (dziewczyny przeszkolone przez mistrzynię Marzenę Kanclerską znają się jak mało kto na tych dwóch zabiegach), depilację woskami Lycon (najlepszymi!), a także zabiegi wyszczuplające i ujędrniające ciało, jak Icoone (masaż podciśnieniem z użyciem światłoterapii stymulującej twoje komórki do produkcji kolagenu i elastyny). Oferta jest więc na wypasie (są w niej m.in. karboksyterapia, czyli terapia dwutlenkiem węgla, albo zabiegi na twarz Intraceuticals) , podobnie jak obsługa.

W Mr & Mrs Spa czuć swobodę, ale nikt cię nie traktuje jak koleżankę. Jesteś zaopiekowana/zaopiekowany, wypielęgnowana/wypielęgnowany i osiągasz stan zen. Nikt nie stoi nad tobą z zegarkiem w ręku, żeby cię poganiać. To twój relaks i twój czas. Panie masażystki, kosmetolożki i pani z recepcji pięknie pachną – nie czuć od nich szczypioru, wczorajszego wina czy papierosów (niestety nawet w super gabinetach miałam takie sytuacje, że zamiast odpływać z relaksu na masażu, wąchałam oddech pełen smrodu szczypioru i powoli skręcałam się z obrzydzenia). Pełen profesjonalizm. I uśmiech. A ponieważ tego u nas cały czas jak na lekarstwo, gorąco polecam to miejsce. Wchodzisz i się uśmiechasz, wychodzisz z jeszcze większym uśmiechem i chcesz tu jak najszybciej wrócić.

Przyciąga również piękne wnętrze, pomimo, że konkurencja nie śpi i jest dziś naprawdę kilka pięknych gabinetów o miłym dla oka wystroju, jak miejsce, które opisywałam pod tym linkiem. W Mr & Mrs Spa najbardziej podoba mi się szok, który przeżywam wchodząc z szarego betonu mokotowskiego – przepraszam fanów tej dzielnicy, ale jak dla mnie stężenie betonu jest tu ogromne – do środka spa pełnego roślin i przechodzę przez bambusową zasłonę. Eksplozja pięknych zieleni, roślin, przyjemnych lamp, stoliczków, poduszek, rattanowych mebli jest urzekająca. I naprawdę zen i chill. Jeśli planujesz jakiś wypad za miasto, polecam najpierw odwiedzić Mr & Mrs Spa przy Żaryna 7, w Warszawie. Wystarczyło mi dwie godziny pobytu, złote dłonie Pauli i kilka łyków przepysznej herbaty w pięknym otoczeniu, żeby poczuć się jak na weekendowym wyjeździe.

Comments are closed.