Dla niej czy dla niego? Dla wybranych, którzy go pokochają. Marc-Antoine Barrois, z którym miałam ogromną przyjemność spotkać się i osobiście porozmawiać nie dedykuje zapachu ani kobietom ani mężczyznom. Zabiera w daleką podróż kosmiczną do krainy szczęścia. Chyba nie chcę już stamtąd wracać…

Inny wymiar zapachu

Pomimo, że wydawałoby się, że w dziedzinie tworzenia perfum wymyślono już wszystko, okazuje się, że to bardzo błędne myślenie. Powstawały już zapachy dedykowane jednej nucie: róży, wetiwerowi, lawendzie, jaśminowi, paczuli. Jest też mnóstwo takich, związanych z destynacjami, podróżami. Dzielono je na świat kobiecy i męski. Na orient i na rodzinę zapachów szyprowych lub zielonych. Zaszufladkowane na tyle różnych sposobów perfumy, straciły całą magię i blask. Przestały być tym, czym były dawniej. Marzeniem, pragnieniem, ucieleśnieniem nastroju. Przygodą, albo na jeden raz, albo na wiele lat.

I wtedy wchodzę na spotkanie z projektantem mody i właścicielem marki Marc-Antoinem Barrois i Victorem Kochetovem z Mood Scent Bar i coś się zmienia. W powietrzu czuć tajemnicę i obietnicę przeżycia czegoś bardzo wyjątkowego. Marc-Antoine spotyka się ze mną, żeby pokazać mi najnowszy zapach (drugi w historii marki), o którym nic nie wiem. Celowo nie szukam w internecie informacji. Chcę poznać zapach osobiście i zapytać jego współautora, jaki jest? I dla kogo? Ale wcześniej staram się dowiedzieć o nim samym czegoś więcej. Marc-Antoine Barrois jest od lat projektantem mody męskiej. Pracował w dziale haute couture w Givenchy i specjalizuje się w szykownych ubraniach super jakości dla facetów.

– Quentin Bisch, twórca perfum, w 2015 roku zaproponował mi, że mógłby dla mnie skomponować zapach. Ponieważ nie miałem wówczas pojęcia o nutach, składnikach, akordach i komponowaniu z nich perfum, podszedł do tematu niezwykle intuicyjnie. Metodą prób i błędów podsuwał mi kolejne nuty zapachowe. Ja opowiadałem czy są słodkie czy gorzkie, kwaśne, a może przyjemne. Mówiłem też, które mi się podobają. I tak powstały perfumy B683 dedykowane wyimaginowanej planecie Małego Księcia, na którą chciał polecieć. Eleganckie, szykowne, skórzasto-zamszowe. Bardzo w moim stylu. Ale coś pokusiło mnie, żeby je pokazać kilku osobom, zaproponowałem stałym klientom, że podaruję ten zapach im w prezencie. Później okazało się, że niektórym tak bardzo się spodobały, że chcieli kupić po 10 butelek B683! – mówi Marc-Antoine Barrois.

Projektant jest tak wybitnie skromny, że przyznał, że nie wierzył, że może być jeszcze na mapie Paryża kolejny sklep, który sprzedaje kosmetyki czy perfumy. Że może być miejsce na zapach, który miał być przecież jego prywatnym, osobistym. Pomimo zachwytu B683 nawet takich postaci, jak menedżerka słynnego paryskiego concept store’u, Collette, Marc-Antoine wciąż niedowierzał. Wyruszył na północ Francji, skąd pochodzi i tam w małej perfumerii zaczął wypytywać jej właściciela o zdanie. Dopiero jego zachwyt był dla niego wystarczającym potwierdzeniem, że zapach nadaje się aby pokazać go światu.

Ten sam zestaw osób, czyli Quentin Bisch i Marc-Antoine Barrois spotkał się na początku 2017 roku, aby stworzyć kolejne perfumy. Pierwsze, choć stworzono je z myślą o samym projektancie, były równie chętnie używane przez kobiety, jak i przez mężczyzn. Dlatego tym razem obu autorom zależało na tym, żeby nie robić podziałów.

Uśmiech w butelce

Dla kogo jest więc zapach Ganymede Marc-Antoine Barrois? Czy powinno się go przyporządkowywać płci (więcej na ten temat przeczytasz w artykule Męski świat perfum. O podziałach na płeć w zapachach)

Ganymede to zapach dla dobrych, serdecznych ludzi, którzy hojnie obdarowują innych uśmiechem, dobrym słowem. Są otwarci i pozytywnie nastawieni do świata. Wraz z Quentinem Bischem, zależało nam na tym, żeby perfumy te były bardziej elastyczne pod kątem przeznaczenia i nazywania na siłę dla jakiej płci czy grupy społecznej je tworzymy. Równie dobrze może nosić je mężczyzna, latem nad jeziorem Lago Maggiore w skórzanej lub zamszowej kurtce zarzuconej na biały t-shirt. Bo Ganymede pasuje do niewymuszonej elegancji. Lekkości. Luzu. Ale równie dobrze może go nosić i pachnieć zjawiskowo, kobieta w delikatnej prostej sukience z płynnie okalającego sylwetkę materiału, do letnich sandałków – mówi Marc-Antoine Barrois.

Czas więc powąchać ten wesoły eliksir, bo w tym momencie zaczęła już zjadać mnie ciekawość i włączyło się zniecierpliwienie…

Nuta za nutą

Najpierw wącham poszczególne nuty Ganymede. Pierwszą jest mandarynka. Ale nie kwaskowaty soczek, tylko esencja całego owocu, łącznie ze skórką (ten moment, kiedy się mandarynkę zaczyna obierać ze skórki i tryskają na wszystkie strony olejki eteryczne) i pestkami. Zapach słodki i cierpki zarazem.

Następnie dostaję pod nos blotter zanurzony w tzw. Saffraline. To molekuła, która powstała z połączenia szafranu i skóry. Obłędna. Zamszowo-skórzana, przypominająca nutę poprzedniego zapachu marki, B683.

Saffraline to jedyne takie połączenie tych dwóch nut opatentowane przez Givaudan. Jest bardzo charakterystyczne w Ganymede i wyczuwalne od pierwszej, do ostatniej minuty trwania zapachu na skórze – mówi Marc-Antoine Barrois.

Kolejną nutą jest chiński osmanthus. Słodki, ale nie typowo kwiatowy. Przenosi mnie i mój nos na marokański suk pełen przypraw i aromatów.

Następnym składnikiem (z tych głównych, które demonstruje mi Marc-Antoine) Ganymede jest molekuła o nazwie Akigalawood. To połączenie nut białego drewna i mineralnych. Pachnie jak konar drzewa wyłowiony z morza. Jest mokry i słony. I niezwykle przyjemny, bo po zamknięciu oczu czuję się jak na wakacjach…

I tam już zostaję, bo pod mój nos trafia przepiękna esencja z kwiatów nieśmiertelnika. Wiele lat temu miałam okazję gościć na Korsyce na polach uprawnych nieśmiertlenika. Ten maleńki żółty kwiatek ma w sobie słońce i sól. Słodycz i „słonycz”. Zupełnie jak w kultowym zapachu Sable Annick Goutal…

Wszystkie te nuty razem łączę w wachlarz i upajam się słodko-słonym aromatem wakacji. Widzę plażę, morze, piasek. Spokój i szczęście. Jest mi dobrze i nie chcę stąd wracać. Od zawsze marzyłam o mieszkaniu nad morzem, a kiedy zamykam oczy właśnie to widzę. Spokój, ciszę i szczęście. Uśmiecham się mimochodem i nie mogę przestać marzyć. Kompletnie wyłącza mi się odwieczne dopytywanie o rodzinę zapachową czy płeć – jest to bez znaczenia. Ganymede jest już mój.

– Nazywam te perfumy „Dolce Vita 21 wieku”. Podobnie jak nie mają przeznaczenia ze względu na płeć, nie są też dedykowane sezonowi, ani porze roku. Bo szczęśliwym i uśmiechniętym możesz być i zimą i latem i jesienią i wiosną. Nie czuję, żeby była potrzeba nazywania ich perfumami na dzień czy na wieczór. Wszystko zależy od uczuć osoby, która je nosi. To bardzo płynne i elastyczne – dodaje Marc-Antoine Barrois.

Lot w kosmos

Ale zdanie Marc-Antoine’a na temat Ganymede, nie oddaje zdania nosa, który nad tym zapachem pracował. Dla niego kierunek był jasny: przestrzeń kosmiczna. Skoro pierwszy zapach dedykowany był wyimaginowanej planecie, drugi nie powinien od tej konwencji odstawać. Panowie długo się zastanawiali nad konkretną nazwą perfum. Co drugi dzień się spotykali przez dwa lata i wymieniali doświadczenia związane z kolejnymi próbami testowania wstępnych kompozycji.

Sprawdzali ją na własnej skórze i na skórze ukochanych partnerów. O poranku i wieczorem. Zimą i latem. W deszczu i słońcu. Aż któregoś dnia Quentin Birsch zadzwonił do Marc-Antoina, żeby mu oznajmić, że przełamał mur, przez który wiele miesięcy nie mogli się przebić. I to jest to!

Natomiast Marc-Antoine Barrois od miesięcy pochłonięty poszukiwaniami odpowiedniej nazwy dla perfum (jeśli lubisz zapachy z nutą słonej bryzy zapraszam do artykułu Najpiękniejsze perfumy tej wiosny. Un Jardin Sur La Lagune Hermes), też nareszcie był zadowolony z wyboru.

Na co dzień nie siedzę w mapie naszej galaktyki i nie badam kosmosu. Poszukiwałem nazwy planety, która byłaby adekwatna do tej kompozycji zapachowej. Aż wreszcie trafiłem na Ganymede (Ganimedes), który nie dość, że jest księżycem Jowisza, to na dodatek ma piękną historię rodem z mitologii Greckiej. Ganimedes był najpiękniejszym chłopakiem na ziemi, dlatego Jowisz, postanowił go mieć przy sobie. Kiedy opowiedziałem to Quentinowi, lepszej reakcji nie mogłem się spodziewać! Był zachwycony – mówi Marc-Antoine Barrois.

Ganimedes podobno jest planetą wietrzną, pokrytą zamarzniętą słoną wodą. Ale świetlistą, jak na satelitę olbrzymiej planety przystało. I właśnie taki jest zapach Ganymede zdaniem Quentina Birscha, jego „nosa”. To lot w kosmos.

Po rozmowie z Marc-Antoinem Barrois, nie jestem w stanie do końca dnia skupić już myśli na niczym innym… Nie trzeba tworzyć słodkich jak ulepek zapachów, które są przewidywalne. Nie trzeba dzielić perfum na dzienne, nocne, męskie, damskie. Nie trzeba też dorabiać ideologii do zapachu. Dla każdego z nas może on być czymś zupełnie innym. Dla mnie Ganymede jest wakacyjną plażą, siedzeniem na ciepłych wydmach i gapieniem się na zachód słońca. Dla Marc-Antoine’a Barrois, to Laggo Maggiore i współczesna elegancja, której DNA są skórzane i zamszowe dodatki i casualowe ubrania, ale też uśmiech. A dla Quentina Birscha, Ganymede to pobyt na pięknym księżycu Jowisza, Ganimedesie. Fantazja na temat tego, jak może pachnieć…

Wszystkie wersje są dopuszczalne. A zapach tak obłędny, że polecam wycieczkę do Mood Scent Bar w Warszawie. Tam można odlecieć w kosmos.

Comments are closed.