Category

Zdrowie

Category

No stress, to tylko PMS!

Ciąża i karmienie piersią mają ten dodatkowy walor, że zapominasz na wiele miesięcy o nerwach na tle hormonalnym, które towarzyszą większości kobiet na świecie co 30 dni. To w skrócie PMS (premenstrual syndrome), czyli mówiąc po polsku zespół napięcia przedmiesiączkowego. Jest znany nie tylko kobietom, ale i ich synom, mężom, ojcom czy dziadkom. Mężczyźni w rodzinie doskonale znają moment, kiedy ze słodkiej Marysi zamieniam się we wściekłą Marię. Rzucam mięsem, szoruję do północy piekarnik na błysk i zapycham się czekoladą. Patos Ma Sens? Zachowujesz się jak wariatka, czemu tak wrzeszczysz, co cię dziś ugryzło, co się z tobą dzieje – to tylko niektóre pytania zadawane przez mojego Michała, kiedy mam PMS. Odzwyczaił się, bo kiedyś, kiedy nie mieliśmy jeszcze dzieci, puszczał mi wówczas ckliwe komedie romantyczne lub bollywoodzkie filmy, w których bohater, aby przedłużyć wątek doznaje reinkarnacji dzięki czemu film trwa 4-6 godzin, piekł czekoladowy suflet i podawał kocyk i…

100 dni bez słodyczy? Podejmuję wyzwanie!

Kawał ze mnie upartej bestii lub jak kto woli cholery o wyjątkowo silnej woli. Jak sobie coś wymyślę, to nie ma takiej siły, żeby mnie od tego odwiodła. Ma to oczywiście swoje dobre, jak i złe strony. Te dobre doceniłam rzucając palenie i kilka platonicznie patologicznych miłości (chłopaki, pozdrowienia, wiecie, że właśnie Was mam na myśli), o tych złych przekonuję się na co dzień sama. Kiedy padam już ze zmęczenia, ale wymyślę, że trzeba wyjść z dziećmi na sanki, wyprasować milion ubranek czy posprzątać. Zachowam się inaczej – natręctwa i inne cechy doprowadzą mnie do szału. I i tak będę musiała wrócić do swoich wcześniejszych planów/założeń/celów (niepotrzebne skreślić). Kiedy więc zobaczyłam na facebooku akcję, pt. 100 dni bez słodyczy, pomyślałam, że jest skierowana właśnie do mnie. Stworzona dla mnie. Dla dziewczyny, która przez większość życia stawiała ogórki kiszone, ser pleśniowy czy kabanosy nad serniki, a w pierwszej ciąży coś jej…

Blue Monday marketing?

–Dziś trzeba uważać, bo jest piątek trzynastego. A w poniedziałek jeszcze gorzej. W radiu już zapowiadali, że jest Black Monday – wpadła jak bomba z odpalonym zapłonem moja mama w miniony piątek (13-stego oczywiście). –Chyba Blue Monday mamo. Black Monday, albo Black Tuesday jest wtedy, jak się za mocno przez weekend eksperymentuje z narkotykami… Uśmiechnęłam się do niej. Ale to już nie miało znaczenia. Nastawiła się tak na NIE, że nic nie było wstanie odczarować feralnego piątku i poniedziałku. Klasyczne WSZYSTKO ŹLE. A że mam część tych właśnie genów, łyknęłam te wieści jak ciepłą, aromatyczną kawę o poranku. Jasne, że źle. Smog – niby przeszedł, ale doszliśmy do wniosku, że w ogóle istnieje nie tylko w Pekinie czy Krakowie, ale i u nas na Kamionku. Zima – wiadomo, zima zawsze niesie doła. Ja przynajmniej dopóki nie wyjadę w góry, albo nie ma tyle śniegu, żeby wyjść na sanki, nie przepadam…

AZS co to jest? I jak z tym żyć?

Dziś napisała do mnie czytelniczka, która cierpi na Atopowe Zapalenie Skóry, zwane AZS. Podobnie jak ja boryka się z problemem wysypek, egzem i nadkażeń skórnych i od lat poszukuje skutecznej metody ich wyleczenia. Znalazła mój artykuł w internecie (pisałam go pracując w naTemat) i chciała dokładnie wypytać o sposób leczenia, który tam opisywałam. Nie będę podawać jej imienia i nazwiska, bo nie to w jej mejlu było najważniejsze. Clue całej wiadomości brzmiało: „proszę o pomoc, bo sama mam do siebie coraz większe obrzydzenie”. I to był strzał prosto w moje serce. Pomoc, skóra, obrzydzenie. Czyli hasła, z którymi sama się mierzę na co dzień. Od urodzenia. I kiedy wydaje mi się, że jestem ostatnią dorosłą osobą na ziemi, która cierpi z powodu AZS, odzywa się ktoś, kto rozwiewa wszelkie wątpliwości. AZS to nie jest choroba skóry wieku dziecięcego. Nie wyrasta się z niej. Nawraca jak wirus. Atakuje skórę, która w…

Niezłe ciacho!

Jak dobrze mieć sąsiada, który ma urodziny drugiego stycznia! Ponura, przygnębiająca aura, spadek energii po niewyspanej noworocznej nocy i brak ochoty na cokolwiek powodują, że jak na skrzydłach lecisz na kawałek urodzinowego tortu (i lampkę prosecco). Jesteśmy dosyć nietypowym blokiem, bo żyjemy z sąsiadami w takiej zażyłości, jak to było w czasach naszych rodziców. Wspólne obiady i biesiady, urodziny, sylwester czy nawet Mikołajki, a to wszystko z prostego powodu: mamy zbliżone upodobania i dzieci w podobnym wieku, co oznacza podobne problemy i przeżycia. A w dodatku łączy nas jeszcze jedno: uwielbiamy dobrze zjeść i się zabawić. Nic więc dziwnego, że pretekstów do spotkań nie brakuje przez cały rok. Natomiast jak słusznie zauważyła jedna z koleżanek – sąsiadek, większość osób z naszego bloku – tych, które znamy i z którymi się kumplujemy – wygląda świetnie. To zadbane, szczupłe, wysportowane osoby (tak dziewczyny, jak i faceci), którym nie jest obojętne co jedzą…

Weź kawę na ławę

Od rana dziś postuję na temat kawy. Mam kilka powodów i będę ich bronić, jak niepodległości! Kawa pobudza, a u niskociśnieniowca takiego jak ja (90/60, puls 70) i przy moim wzroście żyrafy (180 cm) – pobudka trwa znacznie dłużej niż u osoby o dość przeciętnym lub podwyższonym ciśnieniu. Ginekolog prowadząca ciąże powiedziała, że z moim ciśnieniem to mogę wypijać nawet pięć kaw – ale aż tak nie przeginałam nigdy poza może momentem pierwszego kontaktu z tak pyszną kawą i w takich ilościach, kiedy pracowałam jako 18 -latka w kawiarni w USA. Kawa zawiera polifenole. Podobnie jak czerwone wino i czarna jak smoła bogata w kakao (powyżej 70 proc.) czekolada jest bogactwem antyoksydantów, zwanych przeciwutleniaczami. Co to dla nas znaczy? Dłużej dzięki nim wyglądamy młodo. Wymiatają wolne rodniki, które są odpowiedzialne za szybsze starzenie się skóry. Kawa poprawia drenaż i mikrocyrkulację krwi i limfy. Czyli: działa moczopędnie, dzięki czemu usuwa nadmiar…