Piękna kamienica z lat 20-stych, Stary Mokotów, dobry dojazd. Stylowe, choć surowe wnętrze z ciepłem elementów wykonanych z drewnianej sklejki. Minimalizm, ale z odrobiną ozdobnego sznytu. Miedziane rurki poprowadzone natynkowo na ścianach i miedziane akcenty wokół stanowisk fryzjerskich, sygnalizują, że właściciele wiedzą, co w designerskiej trawie piszczy.

Kaktusy i aloesy. Przestrzeń, bo pomimo 60-ciu metrów kwadratowych Charakter – być może przez wysokie stropy, być może ze względu na styl wystroju – wydaje się przestronny i wielki. Są tu dwa pokoje i megaprywatność, bo w każdym pracuje jeden z dwóch fryzjerów – współwłaścicieli miejsca. Wielkie lustro i miłe oświetlenie, biel i drewno.

Słowem: młodość, świeżość, stylowość i lekkość. Chcesz tutaj być, posiedzieć, porozmawiać. Szczególnie z Grześkiem Smoderkiem, z którym rozmowę możecie zobaczyć u mnie w dziale Ludzie.

Najważniejsze w Charakterze nie są trendy, moda, ale osobowość klientek (ich charakter). I to do niej fryzjerzy dopasowują uczesanie. Wizyta w tym salonie nie rozpoczyna się krytyką, z cyklu: “kto ci tak spier… włosy” (co bardzo często zdarza się nawet w najbardziej trendy miejscach w Warszawie), ale pytaniem: co ci się marzy, jakbyś chciała wyglądać, czy chcesz coś zmienić, czy tylko odświeżyć. Fryzjer dotyka włosów, bawi się nimi, obserwuje twoją twarz z każdej strony i rozmawia. Liczysz się ty, twoje włosy, a nie fryzura. Naturalność, a nie stylizacja. I o to chodzi. Przynajmniej ja z mojej zmiany jestem bardzo zadowolona i po kilku myciach wciąż zachwycam się formą i łatwością, z jaką włosy się układają dzięki cięciu Grzesia.

W Charakterze fryzjerzy pracują na australijskich kosmetykach Kevin Murphy. Z naturalnymi wyciągami, genialnymi zapachami i przepięknymi designerskimi opakowaniami w stylowych kolorach. Są jak małe dzieła sztuki. A włosy po ich użyciu pachną, błyszczą i są miękkie w dotyku. To ten rodzaj koloryzacji i pielęgnacji, którego nie musisz zmywać tuż po wyjściu z salonu. Produkty te nie śmierdzą, nie boli od nich głowa i nie szczypią oczy.

O grzywce Grześkowi przypomniałam pod koniec wizyty. Nigdy wcześniej mnie w niej nie widział, a znamy się już od kilku lat. Zanim ją obciął, dokładnie obejrzał jak układają się refleksy, które wcześniej namalował “z ręki” i rozświetlił nimi genialnie moją zimową, bladą cerę. Ale wcześniej przekonał mnie, żeby od skóry pozostawić mój naturalny kolor. Chłodny ciemny blondo-brąz, który dobrze wygląda w towarzystwie jaśniejszych refleksów. Grzesiek nakłada je pędzlem, naśladując operowanie światła słonecznego. Dzięki czemu wyglądają naturalnie, a nie na odrysowane od linijki. Następnie, na całą głowę nałożył toner, który ujednolicił odcień włosów.

Kolor nazwał sarnim blondem, co mi się baaaaardzo podoba (i kolor i jego romantyczna nazwa;)), a cięcie chyba nazwy nie ma. Ale w moim przekonaniu odmładza mnie co najmniej o 5 lat! Grzywka jest lepsza niż botoks, a kosztuje mniej i mniej boli. A jeśli nie masz na nią ochoty, zawsze możesz założyć opaskę, upiąć spinkami lub zaczesać do tyłu i wystylizować, tzw. wet look. Ja się w mojej nowej grzywce zakochałam i gorąco polecam takie cięcie wszystkim znudzonym tą samą fryzurą od lat.

Comments are closed.