– Udanego “wypoczynku” – napisała do mnie świadoma na czym polegają wyjazdy z dziećmi koleżanka. Sama ma dwoje i wie jak mało kto, na czym rzecz polega. Otóż jeśli planujesz wyjazd na wakacje z dziećmi, nie myl tego z wypoczynkiem, urlopem czy relaksem. Chyba, że wieziesz ze sobą opiekunkę, babcię, aktywną ciocię czy dziadka, którzy świadomie lub mniej świadomie decydują się wam pomóc podczas wyjazdu. My kolejny raz wybraliśmy się z dziećmi sami, więc już dwa dni przed wyruszeniem w podróż mieliśmy oboje reisen fuber…

Z rodzicielstwem i wiekiem dziecięcym bowiem kojarzą się nie tylko miłe chwile, słodkie zdjęcia (którymi sama zasypuję rodzinę i znajomych) i wesołe anegdotki, które można opowiedzieć podczas spotkań, ale i lęki i syndromy. Zanim zaliczysz jako rodzic syndrom opuszczonego gniazda, z pewnością twoje dziecko będzie mieć lęk separacyjny. Szczególnie dotkliwie odczuwalny, kiedy ty masz ochotę pojeździć godzinę na stoku czy napić się w spokoju kawy lub piwa. Ale ono ma wówczas potrzebę jazdy na sankach czy rzucania się śnieżkami…

Do dziesiątek lęków i syndromów dodałabym jeszcze lęk przed podróżą. Albo syndrom znienawidzonego fotelika.

W naszym foteliku, pierwszym, w który pakujesz niemowlę tuż po wyjściu ze szpitala, wyło aż troje dzieci. Płakał Teodor, płakał Jaś (syn naszych przyjaciół) i darła się Bianka. Już nawet chciałam napisać do producenta, firmy Maxi Cosi, że pastwi się nad naszymi dziećmi wytwarzając przedmiot tak potwornie niewygodny i niemiły dla maluchów. Nie wiem, jak dokładnie wyglądał spektakl z Jasiem w roli głównej, ale nasze dzieci już na widok fotelika MC sztywniały i miękły na przemian wykrzywiając twarz w konwulsyjnych grymasach. Kiedy następowało zapinanie pasów zaczynał się koncert wycia. I trwał dopóty dopóki nie wyciągnęłam zarówno jednego jak i drugiego. A gdzie bezpieczeństwo jazdy? Pytanie brzmi czy bardziej niebezpieczny jest bobas na kolanach czy bobas wrzeszczący, który doprowadza kierowcę do ataku paniki i rozkojarzenia…

Mając więc w głowie wszystkie możliwe podróże po Polsce (te zagraniczne nie wchodzą w grę, to nie na nasze nerwy) o różnych godzinach (ach te złote rady: jedźcie nocą, to prześpi całą podróż), nie zmieniło faktu, że dziecko marki Kowalczyk śpi w podróży godzinę, maksimum półtorej, po czym się budzi i zaczyna się płacz połączony z wrzaskiem. Nie pomogło nawet zrywanie się w środku nocy, bo wybudzają je światła miast i zmieniające się światła na autostradzie. Lub korek. Lub niespotykane dźwięki. I tak dalej. Próbowaliśmy wszystkiego i niestety syndrom znienawidzonego fotelika (zarówno przez dzieci jak i przez nas) doprowadził nas za każdym razem do punktu wyjścia.

Łzy dzieci i moje, bluzgi (moje), nerwy moje i Michała, pisk, wrzask (jak w patologicznej rodzinie) i zmęczenie takie, że zwykle po przyjeździe pod adres destynacji nie odzywamy się do siebie i mamy siłę tylko pójść spać. Taka wizja trzymała więc nas przez ostatnich kilka dni. Postanowiliśmy coś z tym zrobić i kupić inny fotelik. Taki ustawiany przodem, a nie tyłem do kierunku jazdy, wysoki, żeby mała cokolwiek widziała za oknem i nie latający po całym tylnym siedzeniu. O dziwo wszystkie nasze życzenia spełnił fotelik marki… Maxi Cosi, z tym, że przeznaczony dla dzieci powyżej 9 kilo. –I tak państwo długo wytrzymali. Większość rodziców zamienia foteliki kiedy dzieci kończą dziewięć miesięcy, bo nie są w stanie znieść tego wrzasku! – podsumował z uśmiechem sprzedawca.

Jak to? To nie jesteśmy sami w kategorii najbardziej potworne dzieci w podróży? Ktoś jeszcze narzeka na te turbobezpieczne więzienia samochodowe dla małych? Inne dzieci też nie śpią i ryczą podczas jazdy? To było całkiem pocieszające, ale nadal niewystarczająco budujące przed podróżą.

A co jeśli to nie wina fotelika, tylko sam fakt, że ma siedzieć w jednym miejscu kiedy ją roznosi i chciałaby pochodzić? A co jeśli znajomi mieli rację, że może ma chorobę lokomocyjną. Wreszcie: co jeśli Maxi Cosi w ramach zemsty za te wszystkie kurwy, które na nim powiesiliśmy okaże się znów niewystarczająco komfortowy dla naszej księżniczki na ziarnku grochu?

Bałam się potwornie, bo to ja siedzę z tyłu z małą, żeby robić wszelkie teatrzyki, cyrki, głupie miny, śpiewać piosenki, czytać książeczki, naśladować dźwięki osła, krowy i świni i ogólnie rzecz ujmując robić z siebie debila, żeby zająć jej uwagę. Ale okazało się, że niepotrzebnie się bałam. I że nie ma czego się bać. Że dziecko może z tyłu siedzieć, bawić się i mieć zajęcie, raz po raz wyglądając przez okno, ba, nawet się śmiać! Przeżyłam więc szok. Więcej energii kosztowało mnie nakręcanie się jak straszna będzie podróż, niż sama podróż.

Ale na miejscu zaczęły się schody. Nic w pokoju w pensjonacie nie przypomina domu. Jest mało miejsca, więc po zrobieniu 50 rundek po pokoju, “wyprania” śliniaka w muszli klozetowej, nabicia lima pod okiem stołem w nietypowym miejscu i o idealnej do nabicia tego lima wysokości, Bianka zaczęła czuć niepokój. Klaustrofobia? A może nudofobia? Nudofobia dopada dzieci w różnym wieku, ale te około roczne zwłaszcza.

Kiedy kończy się możliwość bawienia się zabawkami, których rodzice zapakowali jedynie pół bagażnika combi, zaczyna się nostalgia i ryk. Poszliśmy więc zwiedzić pensjonat i okazało się – znów pozytywne zaskoczenie – że właściciele pomyśleli o nudofobii, klaustrofobii i pensjonatofobii i stworzyli coś specjalnego dla dzieci. Pokój zabaw uratował nasze strapione serca i zmęczone drogą mózgi. Nie trzeba było szukać rozrywek poza domem i można było na podłodze wyłożonej miękką wykładziną zwyczajnie – odetchnąć.

A co ze starszym synkiem – przedszkolakiem? Pięć minut po przyjeździe znalazł kolegę w swoim wieku i do wieczora grał z nim w piłkarzyki, pingponga i bawił się samochodami. Ale jemu też groziła nudofobia w związku z czym, trochę niechcący, a trochę specjalnie zafundowaliśmy mu dziś pół dnia na stoku, naukę jazdy na nartach z instruktorem, jazdę na sankach z siostrą i to wszystko z dużą dawką zimowego słońca i świeżego górskiego powietrza. Skutek? Padł na łóżko po powrocie do pokoju i pytał czy może odpocząć. Mała też padła i byliśmy pewni, że słodko zasną, a my wtuleni w siebie też przytniemy komara…

Ale to nie mogło mieć miejsca, bo dzieci regenerują się bardzo szybko. Biance wystarczyło 5 minut turlania się po łóżku a Teo 10 minut. – Mamo, a nauczysz mnie grać w pingponga???? – zapytał żałosnym głosem zdradzającym syndrom znudzonego przedszkolaka. Zaczynam więc kolejną rundę moich pełnych “relaksu” chwil w górach. Może nie jest to wypoczynek, ale duża porcja niczym niezmąconej radości. A że trzeba ruszyć tyłek z wygodnego hotelowego łóżka i się poruszać… Cóż, wiedziałam w co się pakuję, pakując się z dziećmi na wyjazd. Nie narzekam więc i idę zagrać dobrą minę do złej gry:)

Comments are closed.