Moje włosy to naturalne siano. Nie ze względu na słowiański kolor, bo akurat są naturalnie ciemne, ale na stan skupienia. A raczej rozproszenia. Dlatego pod włos biorę każdy preparat, serum czy zabieg, który obiecuje wygładzenie tego siana. I testuję z dużą rezerwą, bo jestem reklamo- i hasło-odporna. Znam swój chochoł na głowie i na swój sposób go całkiem kocham. I kiedy tylko słyszę, jak te z kręconymi włosami prostują i chciałyby mieć na głowie gładkie i proste jak druty, a te z prostymi kręcą i narzekają, że się im loki psują, oddycham z ulgą. To rzecz, która mnie nie dotyczy. A moje włosy pomimo, że nie są włosami Kim Kardashian wydają mi się naprawdę OK i nie mam wobec nich żadnych roszczeń i oczekiwań. Czasem budzę się z ptasim gniazdem na czubku głowy, czasem z Mikołajem Kopernikiem, ostatnio słyszałam, że moja nowa fryzura jest wyraźną inspiracją Sonią Rykiel (akurat testowałam produkt, który miał je wygładzić, ale sterczały na wszystkie strony jak naelektryzowane), ale to cały czas moje włosy. Dużo ze mną przeżyły. Wybarwiałam je i doprowadzałam do odcienia platyny, dzięki czemu rozciągały się jak guma do żucia. Wytrawiałam pasemkami, które później nazywały się balejażem, nakładałam refleksy, rozjaśniałam końcówki i wcierałam i wklepywałam dziesiątki nowości nie zważając na skład. A one nadal tu rosną i są jakby przedłużeniem mojej nie do końca ułożonej i niezbyt pedantycznej osobowości.

Ich charakter siana wzmacnia wspominana w tytule czapka. Jaka by nie była: wełniana, bawełniana, futrzana, ze sztucznego misia czy polaru – zawsze popsuje objętość i sprawi, że włosy będą sterczeć. Ale czy na pewno zawsze? Jeśli zawiążę na czubku głowy węzełek – nie jest tak źle. Co prawda będą pogniecione i pokręcone, co zrzucę na karb trendu sexture czy out of bed, które promują Gigi Hadid i inne znane dziewczyny. Przecież mogę się nimi inspirować, a że czasem nieudolnie – cóż, nobody is perfect. Mogę też postarać się o dopasowanie pielęgnacji do zmiany pogody i warunków atmosferycznych. Czyli postawić na bardziej odżywcze i wygładzające produkty, wzbogacone o naturalne olejki.

  1. Nałożyć na nie olej kokosowy (co część z was widziała na moim FB). Opcja z olejem jest fajna, kiedy masz czas się pobawić, albo idziesz spać jak wielka kokosanka i zabezpieczasz pościel ręcznikiem. Należy rozpuścić dwie łyżki oleju (podgrzać go, żeby zamienił się w płynny olejek) i nakładać pędzelkiem na włosy omijając nasady, ale nie zapominając o końcach. Niektóre moje koleżanki nakładają kokosową kurację na godzinę, a następnie myją włosy. Ja to robię raz w miesiącu i nakładam na całą noc. Włosy są miękkie, piękne i gładkie i miłe w dotyku. I mniej się elektryzują.
  2. Użyć gotowego Olejowego Zabiegu do Włosów Suchych Makadamia & Czarna Porzeczka polskiej maki naturalnej Iossi. Jak to się robi? Niewielką ilość olejku trzeba wmasować w skórę głowy i pozostawić na co najmniej 30 minut. Ja wczoraj trzymałam 1,5 godziny (nałożyłam przed śniadaniem, a umyłam włosy po śniadaniu i sprzątaniu). Następnie trzeba umyć włosy pamiętając o dokładnym spłukaniu ich prysznicem. W skład tego produktu wchodzą olejki z orzeszków makadamia, lnianki siewnej, sezamowy, rycynowy i marchwiowy. Włosy są po prostu obłędne w dotyku i błyszczą. Zdecydowanie mniej elektryzują się od czapki.
  3. Umyć głowę szamponem wygładzającym z olejkiem z papirusa Klorane. Następnie nałożyć na nie odżywkę z tej samej linii, spłukać ją i na osuszone ręcznikiem, wilgotne włosy nałożyć tzw. krem na dzień do włosów (też papirusowy Klorane). Ten tercet jest naprawdę boski i zdaje egzamin z ujarzmiania chochoła. Sprawdziłam nosząc wełnianą czapkę. Włosy były gładkie i nie sterczały jak aureola i przepięknie i długo pachniały.
  4. Umyć głowę szamponem Smooth Again.Kevin Murphy. To doświadczenie z cyklu: orgazm pod prysznicem. Kosmetyk ma tak skonstruowaną piramidę zapachową, że rozpieszcza zmysł powonienia. Serio. Westchnienia i jęki w stylu starej reklamy szamponu Clairol (pamiętacie???) są jak najbardziej wytłumaczalne. Ale co tam doznania zapachowe, zawiera ekstrakt z nasion słonecznika i masło z nasion palmy murumuru. Następnie nakładam odżywkę (zapach ten sam, obłędny). Zawiera masło z nasion kakaowca i orzechów brazylijskich. Po spłukaniu jednego i drugiego kosmetyku przeżywam ciężki szok. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów nie muszę szarpać włosów szczotką. Tak genialnie dają się rozczesać! Dałabym tę linię mojej siostrze, która codziennie wyrywa połowę włosów podczas ich czesania, ale jest niestety uczulona na orzechy… Zostaną więc u mnie, i nie ukrywam – nie narzekam. Włosy są grube i dużo dużo gładsze. Nie sterczą na wszystkie strony i znoszą czapkę z godnością;)
  5. Użyć serum z cyklu 6 w 1 Extra Strength Frizz Ease John Frieda. Nieważne jest pięć pozostałych funkcji. Ważne, że Frizz Ease (jest z resztą cała linia tych kosmetyków) wygładza włosy i że są zabezpieczone przed wilgocią (patrz: śnieg, mżawka, gołoledź, śniegodeszcz i inne zimowe “przyjemności”, och jak ja kocham tę porę roku…). Nakłada się je na mokre włosy, czesze i stylizuje. I już! Mam gładkość pod czapą i nie mam Kopernika lub jak kto woli hełmu.

Comments are closed.