Nie jestem pedantką biegającą z mopem od rana do nocy i przecierającą wszystko co się tylko zakurzy ściereczką, ale moje dwie przyjaciółki przez lata nazywały mnie “sterylną”. Nie bez powodu. Mam fioła na punkcie higieny osobistej. Mycia ciała, włosów, twarzy, rąk. Może nie mam bakteriofobii, ale mój przypadek nazwałabym smrodofobią. Wyjątkowo brzydzą mnie ludzkie wydzieliny i ich zapachy (także moje własne), więc zabijam je środkami czystości i wodą.

I tu pewnie powinnam sobie sama wystawić diagnozę – oprócz tej, że mam świra na punkcie mycia się – że właśnie stąd bierze się większość moich kłopotów ze skórą. Zmywam bowiem płaszcz hydro-lipidowy z naskórka i narażam skórę na otwieranie drogi do jej podniszczania, przenikanie substancji drażniących i wywoływanie stanów zapalnych, egzem, niekończących się wyprysków kontaktowych, itp. Pewnie tak jest i mogłabym się puknąć w czoło, a zamiast smarować sto razy dziennie, rzadziej używać wodę.

– Z taką skórą jak twoja powinnaś w ogóle do minimum ograniczyć korzystanie z wody, ale domyślam się, że przy małym dziecku to niemożliwe – podsumowała patrząc na moje atopowe nadgarstki dermatolog dr Ewa Skulska z gabinetu Ekoderm.

I w artykule dotyczącym grypy żołądkowej, zapomniałam dodać, że poza utratą kilogramów (zapewne wody, nie tłuszczu, bo to tak szybko się nie dzieje) jest jeden pozytywny aspekt bycia wyłączonym z normalnego życiowego obiegu. Ponieważ przez 24 godziny, w porywach do 30-stu – nie byłam w stanie stanąć przy umywalce w łazience, bo czołgałam się na czworakach do toalety lub pełzałam jak gąsienica – nie kąpałam się, ani nie myłam rąk. Poprosiłam tylko synka o mokre chusteczki, żeby się poczuć minimalnie bardziej świeżo i używałam ich na leżąco.

Efekt? Atopowe zmiany z nadgarstków i przegubów – wypłaszczyły się, zmniejszyły i niemal zniknęły. Skóra przestała mnie swędzieć i szczypać, a ja nie drapałam się (jak to zwykle niestety robię) przez sen, bo nie czułam podrażnienia.

Po tak krótkiej, ale treściwej obserwacji skłaniam się więc do pogodzenia ze stwierdzeniem, że częste mycie skraca życie, tudzież mądrzy ludzie żyją w brudzie.

Skoro woda, dobra, górska woda z kranu, również podrażnia moją chorą skórę, to nie jest kwestia związana z jakością wody, tylko zmywania warstwy ochronnej ze skóry w ogóle. Ale ta w Warszawie podobno ma dobre parametry i można się jej nawet napić prosto z kranu (akurat nie jestem fanką tego smaku, ale może to kwestia przyzwyczajenia). Natomiast nadużywanie jej u atopika lub osoby o bardzo suchej skórze jest dla niej szkodliwe. Podobnie jak stosowanie mydeł, płynów, żeli do mycia i innych środków czystości i detergentów.

Czy zostanę więc hipiską, zapuszczę kołtun na włosach i pokocham swoje naturalne zapachy? To mi raczej nie grozi. Ale postaram się wyciągnąć wnioski z tego krótkiego doświadczenia i używać mniej wody. To ekologia, ekonomia i ewolucja w myśleniu o zdrowej skórze. Wypłukując z niej płaszcz hydro-lipidowy robimy jej większą krzywdę niż pozostawiając bakterie (oczywiście te z grypy żołądkowej są tak hardkorowe, że powinnam była się polewać chlorem). Nie warto więc przesadzać w żadną stronę. Ale ponieważ ostatnio koleżanka powiedziała o mnie, że jestem mistrzynią w zachowywaniu umiaru, nauczę się zachować umiar także w tej materii. Jak to wyjdzie w praniu – okaże się niebawem. We wtorek wybieram się na wizytę do pierwszej w Polsce Skin Expert na fachową ocenę stanu i pielęgnacji mojej skóry. Dokona wiwisekcji tego, jak o nią dbam, gdzie popełniam błędy i czy problem z atopią i trądzikiem nie jest przypadkiem winą nieodpowiednio dobranych produktów. Już nie mogę się doczekać! I z pewnością się tutaj z Wami tym czy warto pójść na taką wizytę i czy zmienia utarte schematyczne myślenie – podzielę!

Comments are closed.