Wyjazdu z dziećmi “wypoczynkiem” nazywać nie wolno, bo to zniewaga dla tego pięknego słowa. Wakacjami – owszem. W końcu zostawiasz biuro, firmę, upierdliwego lub nie, ale jednak – szefa, obowiązki domowe, kurz na półkach i wiecznie niewyprasowaną stertę rzeczy. Wczasy pozwalają przez tydzień, dwa lub więcej o tych wszystkich trudnych sprawach nie myśleć. Oderwać się, zmienić powietrze, garnitur wymienić na kąpielówki i klapki Kubota lub Havaianas, a włos odbity od nasady rozpuścić i udawać, że to fryzura surferki.

I to wszystko właśnie mi się genialnie udało zrobić. Natomiast nie da się ukryć, że 14 dni z dziećmi, z dala od domu i w nowym – choć wyjątkowo pięknym – otoczeniu na campingu na Sardynii, nieźle dały mi w kość. Zobaczyłam zupełnie nową siebie. Postać z najgorszego horroru o matkach wariatkach, przewrażliwionych na każdym punkcie od: “nie jedz tego piasku”, “nie gryź kamieni”, “zostaw jeżowce, ich kolce są trujące”, “wpadniesz pod samochód”, “nie wychylaj się, bo się utopisz” po “nic nie zjadłeś”, “jesteś za chudy”, “przegrzejesz się”, “zmarzniesz”, “nie uciekaj”. I ta sama postać z horroru próbowała również gapiąc się w lazurowe morze i malownicze widoki zrelaksować się i głęboko oddychać. I co najważniejsze i najśmieszniejsze – WY-LU-ZO-WAĆ.

Ale to ostatnie udawało się jedynie bardzo późnym wieczorem po lampce lub kilku – wina i kiedy cudownie umęczone powietrzem, morzem i dokazywaniem, dzieci – smacznie chrapały odganiając jedynie włoskie dzandzary (komary) i przemieszczając się przy tym po łóżkach na całą długość i szerokość domku campingowego. Słuchanie cykad i animacji w amfiteatrze było najpiękniejszą muzyką dla naszych zmordowanych wrzaskiem (dzieci i moim) uszu. Balsamem kojącym bębenki, młoteczki i kowadełka.

Niestety, po każdej nocy przychodził dzień i poranek. A w raz z nim – ciężkie przebudzenie i orka. Trzeba z samego rana towarzystwo nakarmić, napoić, ubrać, podetrzeć, podmyć, dopilnować, żeby umyły zęby i ręce, wreszcie – żeby nie zwiały, spadły, połamały się, zdarły skóry podczas wybiegania się pod domkiem i zapakować kilogramy niezbędnej wyprawki.

Pomimo, że nad morze mieliśmy 30 m, to trzeba było być przygotowanym na każdą okoliczność. Podwodnej kupy (warto zapakować kilka zapasowych pieluch do pływania plus normalne pampersy oraz mokre chusteczki), pomoczenia wszystkich ubrań (koszulka, majtki, szorty to absolutne zapasowe minimum), głodu i pragnienia (banany, jogurty, bezcukrowe lub zwykłe ciasteczka, woda, butelka dla małej), potrzeby różnorodności w zabawie (milion łopatek i wiaderek i tym podobnych) i tak dalej.

Na tę ostatnią okoliczność, czyli potrzebę nie nudzenia się w zabawie znalazłam nawet odpowiedź na samej plaży. Leżała tam przez kilka dni siatka pełna przeróżnej zbieraniny zabawek od wiaderek po gumowe kaczuszki do kąpieli. I to był hit wyjazdu. I nasza Bianka i Teo i dzieci przyjaciół pokochały tę siatkę najbardziej na świecie, pomimo, że obecne w niej konewki, wiaderka i reszta nadgryzione były zębem czasu i sardyńskim słońcem.

Po pierwszych wrzaskach i wyjściu z domu wraz z wózkiem, siatką zabawek, które rozsypywały się po ulicy, wózkiem z kocykami, dmuchanym materacem w kształcie ananasa, kołem ratunkowym z majtkami dla Bianki i płetwami, rurką i maską dla Teo byliśmy oboje z Michałem cali mokrzy i wściekli. Ale festiwal potrzeb i żądań dopiero się rozpoczynał…

Moja siostra, która była z nami przez pierwszy tydzień pobytu równiutko opalała się z przodu i z tyłu wylegując się zacnie na dmuchanym ananasie raz po raz wykonując niewielką gimnastykę podpływania do brzegu lub przemieszczając się na ręcznik na piasku. A my jak przystało na rodziców dwójki maluchów budowaliśmy piaskowe babki i zamki, jeziora i fosy – dla Bianki i łapaliśmy morskie stwory (kraby, meduzy, ryby, raki pustelniki, czareczki, ukwiały, małże i ślimaki) dla Teo, żeby mógł je przez 15 minut poobserwować a następnie wypuścić i łapać kolejne. Raniłam więc swoje wypedikiurowane stopy – dziękuję salonowi Pardon My French za cudny pedikiur i namówienie mnie na hybrydę na paznokciach, nawet skały i żwirek nie zmieniły jego blasku! – paliłam plecy stercząc jak ten debil z siatką i łapiąc morską florę i faunę, powiększałam moje atopowe egzemy od morskiej wody zanurzona bez przerwy w niewygodnych pozycjach, aby nadążyć za jednym czy drugim dzieckiem.

Mama jeść, tata pić, mama ja chcę snorklować, tata chodź ze mną na skały, mama na plac zabaw, jestem głodny, chcę loda i tak dalej i tym podobne. Potrzeb i życzeń nie było końca. I myślę, że jako rodzice spisaliśmy się na medal, dając tej dwójce naprawdę wypasione wakacje. Ale sami – wróciliśmy zdźwigani noszeniem ich na rękach wraz z tobołkami plażowymi i nie tylko i spełniając wszelkie zachcianki.

Czy wypoczęliśmy? Trochę na pewno. Ale czy da się wypocząć z dziećmi – nie jestem do końca przekonana. Możliwe, że jak będą starsze i nie trzeba będzie wykonywać noszenia, pakowania, przewijania i schizowania, że coś zjedzą, wypiją czy zrobią coś ultragłupiego – wtedy odpoczniemy. I tak okazały się dwójką wspaniałych podróżników prawie nienarzekających na jazdę samochodem czy lot samolotem. Ta dwójka jest dla nas najpiękniejsza, najmądrzejsza i najfajniejsza na świecie – jak dla każdego rodzica jego własne dzieciaki. A to, że są wyjątkowo wymagające uwagi i aktywne – cóż. Widocznie te geny przeważyły i zdominowały pakiet tych spokojniejszych. Natomiast w porównaniu z zeszłym rokiem i wakacjami nad polskim deszczowym morzem i stawaniu na uszach, żeby kreatywnie zajmować dzieciom zachlapany deszczem i zimnem i wiatrem czas, przyznaję, że w tym roku mieliśmy luksus. Pogoda na Sardynii jest idealna, krajobrazy, plaże i woda w morzu przepiękna, a jedzenie – jak to we Włoszech obłędnie dobre. Jeśli więc odjąć torby z zabawkami i dmuchane krokodyle, ananasy i delfiny, to pobyt na plaży w cieple, piachu i słońcu resetuje głowę i jest – jak dla mnie – formą najlepszego oderwania się od szarej miejskiej rzeczywistości. I to były prawdziwe, pełne i piękne wakacje. A że z ukochanymi dzieciakami – tym lepsze i ciekawsze!