Fidget spinner zrobił karierę na całym świecie, prawie jak błyszczyki “powiększające” usta w wydaniu Kylie Jenner i klapki autorstwa Rihanny. Nie spodziewałam się jednak, że zawiruje także światem mojego starszego synka, który chodzi i kręci (dosłownie i w przenośni).

Kiedy zobaczyłam spinnera po raz pierwszy, nie omieszkałam zapytać: a co to za nowe gówno? I dostałam wtedy burę od najmłodszej siostry, że jestem ignorantką, że cały instagram zwariował (– serio? mój akurat wariuje na temat najnowszych rozświetlaczy Huda Beauty i szparagów – odpowiedziałam) i że nawet – o ironio – laski robią sobie mini-spinnery na paznokciach, jako najbardziej trendy dekorację manikiuru.

Dowiedziałam się, że są już zawody w kręceniu spinnerów, że tricki, że można na brodzie i na pośladku, a nawet kostce czy uchu… Oczywiście jak przystało na gadżetową ignorantkę (wybaczcie, ale dopóki nie jest to manikiur, który nie schodzi przez co najmniej dwa tygodnie, albo śliniak, który się nie plami lub samoprasujące się ubranko dziecięce – naprawdę jestem odporna na nowe gadżety i mam je głęboko, a nawet głębiej i w ogóle wszystkie te nowości i techniczne cuda to nie dla mnie, ja jestem dinozaurem i lubię kwiaty polne w wazonie, a nie ładowarki bezprzewodowe), nie zrobiło to na mnie w dalszym ciągu wrażenia.

Na mnie nie zrobiło, na Teodorze – wręcz przeciwnie. Wykonał swoje typowe teatralne spojrzenie zranionego żubra, tudzież kota ze Shreka, że on też chce spinnera, że chce kręcić tak jak Viwi i że on musi go mieć i mamo proszę proszę proszę. Posłałam więc wtedy Viwi, żeby wróciła się do tego sklepu, skąd przytaszczyła to cudowne plastikowo-metalowe G. i kupiła drugi egzemplarz. W drodze ze spinnerem do domu, Teo zdążył zgubić dwa metalowe kółka, znaleźć je, zapiaszczyć mechanizm i osiemdziesiąt kilka razy upuścić na ziemię wyjąc, że czemu Viwi kręci, a jemu nie wychodzi i wciąż mu upada?

Myślałam, że szlag mnie trafi. Zacytowałam więc koleżanki sąsiadki, tłumacząc: – a mama Rudka mówiła, że jesteście za mali na spinnera, że to wymaga lepszej koordynacji ruchów dłoni i palców, więc nie wyj. Nauczysz się tak jak inni chłopcy, tylko ćwicz. Bo tylko trening czyni mistrza – klepałam jak stara nudziara.

Sama z początku kompletnie sobie z tym ustrojstwem w kształcie ni to koniczyny ni to spirali antykoncepcyjnej – nie radząc. Spadało to na podłogę, hałasowało i doprowadzało mnie do nerwicy. Coś strasznego.

Ale Teo miał czerwonego spinnera, jako drugi w naszym bloku miał go w ogóle i codziennie tak jak mu radziłam – ćwiczył. Tydzień później przyjechali teściowie wręczając z dumą wnusiowi zupełną nowość na rynku… spinnera oczywiście. Tym razem w barwach moro, więc bardziej chłopackiego, wojskowego, trendy i nie wiadomo co jeszcze. Miał więc dwa spinnery, więc był niezłym gościem. I już prawie umiał nimi kręcić.

Spinner w wersji wojskowej pojechał z nami na wakacje na Sardynię. Teo nie bawił się nim ani razu – był zajęty łapaniem krabów i snorklowaniem oraz obrażaniem się jak nie wychodziło mu łapanie krabów lub snorklowanie – dopóki dopóty jego przyjaciel Benio (który również był z nami na wakacjach i również ze swoim spinnerem) nie przyniósł złotego spinnera. O tym spinnerze słyszeliśmy przez kilka tygodni, bo takiego miał wspomniany już Rudek. Jest starszy od Teo i Benia o dwa lata i automatycznie wszystko co ma jest fajniejsze, ciekawsze i jeszcze bardziej chłopackie. Nie mówiąc o tym, że jego rodzice są na bieżąco ze wszystkim – w przeciwieństwie do nas: Michała i mnie kochających stare graty z lat 70. i Rolling Stonesów.

I tego dnia, kiedy Benio pojawił się na kempingu ze złotym spinnerem, zaczęła się przeżywka, że może on – Teo też kiedyś takiego metalowego będzie mieć (nieważne, że w ogóle się nie bawił tym, którego już miał). Spinnerowe kręcenie powróciło ze zdwojoną siłą.

Powróciliśmy i my. Ze słońca i ciepła do jesiennej w aurze – Polski. W święto Francji na Saskiej Kępie Teo zauważył maleńki straganik. Każdy orze jak może, więc gość korzystając z dnia kiedy kręci się w Skaryszaku pełno ludzi z dziećmi w wieku szkolno-przedszkolnym, wystawił najbardziej wypasione spinnery świata. We wszystkich kształtach i wykończeniach. Był więc tam spinner w kolorze wylanej benzyny lub jak kto woli jak ciało muchy. Kosztował 45 złotych i pomimo, że Teodor usilnie urabiał ciocię – matkę chrzestną, nie udało mu się i nie dostał upragnionego kolejnego “kręciołka”. A nie dostał, bo dzień wcześniej przywiózł od pradziadka z Torunia dwa spinnery (pradziadke też się wkręcił w zabawę kręciołkami;)) : w kształcie nietoperza i srebrnego.

Smutek, żal, rozczarowanie, wypominanie i poszukiwanie takiego samego – benzynowego – trwało wieczność. Kolejnego dnia pojawił się u nas sąsiad – Staś, ze świecącym ledowymi żaróweczkami spinnerem. Teo zrobił oczy jak talerze, bo nie zdawał sobie sprawy, że są też i takie.

Kolejny pobyt u dziadków w Toruniu spędziliśmy ze świecącym spinnerem w tle. Pierwszego dnia bowiem nadzialiśmy się na sklep, na którego witrynie były reklamy… świecącego, ledowego spinnera. Sklep był już zamknięty, w niedzielę był nieczynny, a jak wróciliśmy do tematu i na starówkę w ulewę we wtorek okazało się, że sklep został zlikwidowany. O czym poinformowała nas sprzedawczyni z innego sklepu (z ubrankami dziecięcymi). Pytam ją o te spinnery, a ona z politowaniem spojrzała na mnie i powiedziała: – oj, jak ja pani bardzo współczuję. Też mam synka i wiem, co teraz będzie się działo…

Roześmiałam się, że tylko matka matkę zrozumie. Poszliśmy więc na lody do Lenkiewicza, w tej plusze i sandałach i z wiszącymi w powietrzu łzami Teo. Moja mama widząc to, wzięła go za rękę i pobiegła do innego sklepu, gdzie widziała spinnery. Wrócili z kobaltowym w ćwieki, w kształcie wicherka.

– Po co go kupiliście? – zapytałam. – Przecież chciałeś świecącego!

Świecącego nadal chciał i marzył, ale go nie było, więc z pustymi rękami nie opłacało się wyjść. Oczywiście z dobrym wychowaniem nie ma to nic wspólnego. Bardziej z kolekcjonowaniem, o którym pisałam już wcześniej. Kolekcja spinnerów Teo powiększała się. Ale opatentował już kilka takich chwytów i tricków, że widziałam, że naprawdę się w nie wkręcił – dosłownie i w przenośni.

Klamrą spinnerowego szaleństwa była wczorajsza wizyta w Ciechocinku, gdzie straganów, kramików i sprzedawców wszystkiego, od płyt Zenka Martyniuka po łańcuchy farbowane na złoto i udające złote kajdany. Spinnery też były. Wszystkie, jakiekolwiek sobie w stanie jest wymarzyć mały chłopiec (lub większy). Nadzialiśmy się na świecące, które jak pani z gównem pod nosem przyznała – szybko się psują, więc nie polecam. Były z lekkiego plastiku w odcieniu brzydkiej czerwieni. Nie powaliły Teodora, który przez cały pobyt u pradziadków o nich marzył. Za to pojawiły się metalowe. Z niby-kul od pistoletu, w kształcie steru okrętowego, pioruna i nie wiem czego jeszcze.

Był oczywiście ten w kolorze wylanej benzyny. Kosztował 50 złotych. Koszmar! Tyle co przejażdżka dorożką z konikami, albo tyle co pobyt w kawiarni dla 6 osób i parking i wstęp do tężni. – Chodź Teo, tu jest mnóstwo spinnerów, jeszcze popatrzysz, który ci się naprawdę podoba – zadecydowałam.

Poszliśmy do tężni, które są monstrualne, a dla małego dziecka muszą być jeszcze większe. Słona woda kapała, unosiła się w powietrzu razem z deszczem. Pięknie. Jakby czas się zatrzymał. Mam te same zdjęcia i ujęcia jako mała dziewczynka. I moja mama ma te same zdjęcia i ujęcia, kiedy ona była mała. W tężniach czas się zatrzymał. Czego nie da się powiedzieć o straganach. Sól ciechocińska do kąpieli we wszystkich kolorach tęczy, łuki do strzelania, szczekające pieski na baterie – typowa ciechocińska pamiątka prosto z Chin – i… benzynowe metalowe spinnery.

– Po ile je pani ma – zapytałam.

– Po 27 zł. – odpowiedziała i dała Teodorowi do zabawy jednego z nich.

Szczęka mu opadła. On był naprawdę wykonany z metalu, ciężki, więc zupełnie inaczej się kręcił niż jego plastikowe (jedynie wypełnione metalowymi kółeczkami) odpowiedniki. I piękny.

– Czy to jest spinner, o którym marzysz i jak ci go kupię nie będziesz truć o świecący, srający czy śpiewający? – zapytałam.

Zawahał się. Zastanowił. Przyjrzał mu się dokładnie i odparł:

– Tak mamo. To spinner moich marzeń. Zobacz, jak się spojrzy pod światło to on też świeci i mieni się wszystkimi kolorami tęczy! I jest naprawdę z metalu. Tamten srebrny jednak metalowy nie jest. (oj, pamiętam z dzieciństwa, jakie ogromne rozczarowanie przeżyłam, kiedy okazało się, że moja idolka Madonna nie jest prawdziwą tylko farbowaną blondynką. Myślałam, że umrę ze smutku!)

I kupiłam. Pani dała mi jeszcze rabat i obniżyła o 2 złote koszt zabawki (miałam w kieszeni zaoszczędzonych 25 złotych). Teo był najszczęśliwszy na świecie. I jest. Pewnie dopóki nie zobaczy przezroczystego spinnera ze szkła czy pleksi. Ale wtedy mu przypomnę naszą umowę, że ten benzynowy metalowy miał być ostatni. Konsekwencja musi być i basta.

Comments are closed.