Masz cerę, której nie da się wrzucić do worka z napisem: normalna, sucha, tłusta? Prawdopodobnie można ją zakwalifikować do rodzaju skóry: mieszana. Taka cera jest bardzo wymagająca, bywa chimeryczna, podatna na zmiany trądzikowe i łojotok. Sama jestem jej posiadaczką: raz w stronę suchej i przesuszonej, raz w zupełnie odwrotną – łojotokowej ze zmianami trądzikowymi, więc chętnie sprawdzam produkty stworzone z myślą o takiej cerze. Jak sprawdziła się u mnie najnowsza Zielona Herbata Bielenda?

Przygodę z Zieloną Herbatą Bielenda zaczynam od demakijażu. Używam do tego Płynu Micelarnego, Żelu Micelarnego, a na koniec – Hydrolatu z tej linii. Płyn micelarny jest miły, ale dla mojej skóry zbyt mocny. Pozostawia uczucie ściągnięcia, czego w płynach micelarnych nie lubię (jest tylko kilka godnych polecenia, które mnie nie zawiodły). Niestety nie mogę nim usunąć makijażu z powiek, bo czuję, że ma składniki, które mogłyby podrażnić moją nadreaktywną skórę w tych miejscach…

Przechodzę więc do mycia skóry Żelem Micelarnym i wodą. Jako największa fanka dwóch olejków do oczyszczania i demakijażu Bielenda: arganowego i różanego (o których pisałam między innymi pod tym linkiem) nastawiam się, że może to być kolejny hit marki. I się nie mylę! Żel świetnie oczyszcza skórę, pozostawia ją odświeżoną i “domytą”, czego niestety po użyciu samego płynu micelarnego nie mogłam powiedzieć. Na deser używam Hydrolatu i strasznie mi się podoba jak pięknie obkurcza pory i jak go moja skóra “wypija”. Ale wiem, że to produkt nie dla mnie. Powód? W codziennym ferworze wydarzeń porannych lub padając na twarz wieczorem nie będzie mi się chciało nakładać kolejnej warstwy płynu. Spróbuję, może jakimś cudem się dam przekonać (w końcu Azjatki stosują 7 różnych produktów do oczyszczania i pielęgnacji na dzień i 8-10 na noc, więc może 3 to nie jest jeszcze taka tragedia?).

Chcę być precyzyjna, więc nie będę smarować serum pół twarzy, a drugie pół esencją, bo jak się obudzę rano, to za żadne skarby nie będę pamiętać, którego użyłam na której połówce… Na twarz nakładam więc Esencję w Perłach Zielona Herbata Bielenda, która ma żelową konsystencję, wystarczy kropla, aby produkt szybko się rozprowadził na skórze i zaczął działać. Co prawda przypomina genialne rozświetlacze do makijażu Bielenda, o których pisałam w poście Cała na biało – test białych kosmetyków ) ale działa zupełnie inaczej. Zawiera pakiet składników aktywnych, m.in. olejek z drzewa herbacianego, witaminę B3 oraz azeloglicynę (i masę innych, których nazwy nic mi nie mówią;)), które regulują działanie gruczołów łojowych. Słowem: twarz się nie świeci, pory są ściągnięte, obkurczone, a twarz wydaje się bardziej jasna i rozświetlona.

Natomiast Serum Zielona Herbata Bielenda, nakładam na dekolt. Skórę na dekolcie również zaliczyłabym do mieszanych, bo występują na niej i łojotok i miejscowe niedoskonałości i bywa przesuszona. A to serum zawiera czysty olejek z australijskiego drzewa herbacianego. Jest więc antyseptyczne, antybakteryjne i to jedna z najlepszych broni antypryszczowych, jakie stworzyła natura. Już sam zapach – który uwielbiam i znam z maski, w której jestem zakochana i o której pisałam tutaj: Glinki. Najlepsza broń w walce z cerą trądzikową)  – moim zdaniem wróży działanie. Serum ściąga skórę, czuję lekkie mrowienie, więc wiem, że nikt tam nie nalał do środka czegoś co udaje olejek z drzewa herbacianego. Jest i działa. Skóra na dekolcie już po dwóch razach z serum wygląda na bardziej napiętą, nie świeci się a nowe krostki się nie pojawiają. Także oba sera z linii Zielona Herbata Bielenda – na medal!

Po nałożeniu obu produktów do zadań specjalnych – zostawiam je i będę stosować tak często, jak tylko mnie skóra o to poprosi – przechodzę do aplikacji Regulującego Kremu na Noc Bielenda (ponieważ test zaczęłam wieczorem). Krem jest świetny. Miękko rozprowadza się, stapia ze skórą i nie męczy zapachem. Ale dla mojej skóry to zdecydowanie za mało! Jeśli więc miałabym go polecać, to bardziej nadaje się do tłustej cery z nasilonym łojotokiem niż do cery mieszanej. Aczkolwiek zdaję sobie sprawę, że mam wymagający typ skóry, z tendencją do przesuszania, na którą wieczorami najlepiej jakbym nakładała masło lub smalec, żeby poczuć komfort. Spodoba się więc albo osobom o mieszanej skórze ale w kierunku tłustej, albo o cerze tłustej, albo co może być hitem – facetom. Krem jest niemal żelowy i szybko się wchłania.

Jeszcze bardziej w tym kierunku został skomponowany Matujący Krem na Dzień Zielona Herbata Bielenda. Jest ultralekki i może być świetną bazą pod makijaż dla osób o tłustej lub z tendencją do świecenia się skórze. U mnie – powtórka z wieczora – ten krem jest zbyt lekki, żebym poczuła na skórze komfort. Ale o to w nim właśnie chodzi, więc nie dziw się, jeśli zacznie ci go podbierać twój facet (pod warunkiem, że nie jest taki jak mój, któremu muszę sama napakować cokolwiek na twarz, żeby tego użył, inaczej ma awersję do czegoś co nie jest wodą mydłem lub niszowymi perfumami).

Krem na dzień nakładam po umyciu skóry Żelem Micelarnym Zielona Herbata Bielenda oraz stonizowaniem jej Hydrolatem Zielona Herbata Bielenda oraz Esencją w Perłach z tej samej linii. Podoba mi się lekki, świeży zapach, który przypomina mi trochę lato i zaczynam żałować, że nie miałam tych produktów w wakacje – będzie to idealna pielęgnacja na upały, bo zielona herbata ochładza.

Najlepsze z Zielonej Herbaty Bielenda są według mnie Serum, Esencja w Perłach i krem na noc (wolałabym go używać na dzień, bo na noc jest dla mnie zbyt lekki). Świetny jest też Żel Micelarny i Hydrolat. Minusa u mnie dostaje płyn micelarny (znam lepsze) oraz krem na dzień (ale to kwestia upodobań i kondycji skóry, ten jest zdecydowanie zbyt lekki). Ale cała linia jest fajnie przemyślana – przydałaby się może jeszcze maska w płacie, albo zielona glinkowa, żeby dopełnić dzieła – i wydaje się świetna dla młodej cery bez większych sensacji.

I jeśli połączę tych kilka produktów Zielona Herbata Bielenda, z moją ulubioną pielęgnacją: olejkiem do demakijażu i mycia twarzy Woda Różana Bielenda, olejkiem do twarzy La Mer, który ostatnio opisywałam tutaj oraz kremem nawilżającym do cery naczynkowej Antirougeurs Avene i maskami z glinkami Arbonne oraz Tea Tree Beauty Formulas, zyskuję pielęgnację szytą na miarę potrzeb mojej skóry. Polecam takie rozwiązania, bo nie każda cera mieszana ma dokładnie takie same potrzeby. Moja jest zdecydowanie zbyt sucha, żeby stosować bez przerwy całą herbacianą linię (np. Żel Micelarny też muszę dawkować, żeby jej nie przesuszyć). Nie mniej, jestem fanką marki, tego, jak się rozwija i jak się otwiera na naprawdę świetne składniki i przemyślane produkty. I komunikuję, że czekam na maskę Zielona Herbata – najlepiej zieloną, jak ten liść, na którym robiłam zdjęcia;)

Comments are closed.