Raj dla narciarzy. Tak brzmi hasło każdego zimowego kurortu. Ale Trentino w Dolomitach, w tym dwie doliny, które odwiedziłam: San Martino i Val di Fiemme to raj nawet dla takich amatorów jak ja. Stoki są przepięknie przygotowane, mając ski pass można korzystać z saun i basenów, ski busów. Jest to doskonałe miejsce dla rodzin z dziećmi, ale i dla samotnych wilków.

Białe szaleństwo w San Martino

San Martino w regionie Trentino to przepiękna malownicza miejscowość ze stokami niemal w centrum miasta. Panuje tu klasyczne włoskie uwielbienie do przyjemności i jedzenia, choć ludzie są bardziej wyważeni niż typowi Italiano Vero. Wizytę zaczynamy więc mało narciarsko – od pobytu spa w Hotelu Sayonara (patrz akapit nr 3, poniżej galerii zdjęć), w którym nocujemy pierwszego dnia.

Po wygrzaniu i wymasowaniu się w termach i saunach, pora na śnieżny wieczorny kulig. Dwa razy w tygodniu, w San Martino jest organizowany aperitivo na samym stoku. Spod wyciągu zgarnia nas kierowca skutera z podłączonymi kilkuosobowymi sańmi i zabiera kawałek w góry w miejsce, gdzie płoną żagwie i ognisko, a ze śniegu utworzony jest długaśny bufet pełen włoskich smakołyków.

Na śniegu w blasku ognia prezentowały się apetycznie włoskie prosciutto, speck, bruschetty z karczochami i sery: cudowna Fontina i Trentingrana (miejscowy parmezan, do którego wyrobu używa się tylko mleka od miejscowych dolomickich krów, które pasą się świeżą górską trawą). Do tego grzane wino i widok, taki jak ze zdjęcia numer dwa. Coś wspaniałego! Niestety mój iphone nie dał rady zrobić ostrych zdjęć tego co jadłam i widziałam na pikniku, więc powiem tylko tyle: jeśli będziesz kiedyś w San Martino – koniecznie wybierz się na popołudniowo-wieczorny aperitivo na stoku. Oprócz nas była grupa dwóch czy trzech włoskich rodzin i dzieciaki robiły na śniegu orzełki, a rodzice popijali winko i wcinali sery – tak widzę mój rodzinny wyjazd w przyszłym roku;)

Prawdziwe narciarskie tete a tete przeżywamy o poranku w piątek. Ruszamy wcześnie rano, żeby o 9-tej skorzystać z godzinnej jazdy z instruktorem. Tuż przy stoku jest kilka wypożyczalni sprzętu narciarskiego, więc jeśli wybierasz się samolotem, nie musisz zabierać swojego sprzętu. Jak twierdzą nasi miejscowi przewodnicy w niektórych liniach lotniczych się to po prostu nie opłaca i taniej wychodzi wypożyczenie sprzętu na miejscu. Ale nie chcę się wymądrzać, bo zwykle jeżdżę z własnym sprzętem, a już na pewno zawsze z własnymi butami.

Tu pojawiają się schody – niestety nie jesteśmy w stanie z panem z wypożyczalni dojść do porozumienia. Moje buty są za duże i stopy w nich tańczą – jestem wściekła, że nie wzięłam swoich, zamiast dwóch kosmetyczek wypełnionych po brzegi kremami i maskami, spokojnie wszedłby jeden but do walizki. Trudno. Reszta sprzętu jest ok, a buty jakoś z Fabio – naszym przewodnikiem ściskamy na maksa, żeby nie było dramatu.

Od samego rana pada śnieg, więc widoczność jest trochę ograniczona i nie mam zbyt wielu zdjęć, którymi mogłabym San Martino zareklamować. Natomiast śnieżna pokrywa na stoku jest idealna. Jeździ się gładko, nie zatrzymuje na roztopach (jesteśmy wysoko w Dolomitach), nie ma lodu, ani muld. Jest bosko. Pierwszą godzinę jeżdżę ze Stefano, moim prywatnym instruktorem, który przypomina mi jazdę na nartach, której długo nie praktykowałam. Jest cudownie. Ani za ciepło, ani zbyt zimno – kilka stopni poniżej zera, więc nie odpada mi twarz ani od mrozu, ani od nadmiaru promieni słonecznych (tych tego dnia nie doświadczyłam).

Dołączam do grupy i zaczynamy jeździć po czarnych trasach. Ale czarne są zwykle pierwsze stoki, a później miękko przechodzą w przyjemne dla zbolałych łydek i kolan trasy czerwonopodobne. Obserwuję ludzi na stokach i jest mi przyjemnie, bo nie widzę zbyt wielu popisujących się oszołomów bez znajomości podstaw narciarstwa, których kojarzę z innych kurortów. Mam wrażenie, że panuje tu trochę niemiecki ornung i każdy zna swoje miejsce. Z zazdrością patrzę na tatusiów uczących dzieciaki jazdy lepiej niż niejeden polski instruktor. Cóż, inna kultura, inny kraj…

Pod koniec naszych zjazdów czuję, że moje łydki i uda już latają na wszystkie strony i pora się przyznać, że jestem zajechana jak koń po westernie. Odpoczywam podczas lunchu, który jest obłędnie pyszny (ale o smakach w akapicie poniżej). Śnieżyca osiąga maksimum, kiedy kończymy pobyt w restauracji i już wiadomo, że organizatorzy będą zmuszeni zrezygnować z atrakcji przygotowanej późnym popołudniem dla nas na stoku. Na pogodę nikt nie ma wpływu, a i tak dzień był pełen wrażeń.

Piękna jazda w Val di Fiemme

Pod wieczór zmieniamy dolinę z San Martino di Castrozza mamy transfer do innej części Trentino – Val di Fiemme. Śnieg pada jak wściekły i zamiast przepowiadanych tęgich mrozów (podobno przed naszym przyjazdem było minus 18) dochodzimy do kilku stopni na plusie. Po drodze mijamy przepiękne lasy i całe, duże stada saren. Jest magicznie, jak w bajce.

W Val di Fiemme naszą przewodniczką jest Frederica – wspaniała rzymianka o wielkim sercu i niezwykłej empatii oraz Livio – człowiek legenda. Miejscowy szef wszystkich szefów i instruktor nad instruktorami. Genialny temperament, iście włoski, doskonałe poczucie humoru i talent do nauki narciarstwa. Rano przejmuje naszą czteroosobową ekipę. Po wypożyczeniu sprzętu – nareszcie mam odpowiedni rozmiar buta – ruszamy na stoki. Na dole mgła i nic nie widać, więc Livio jest lekko podłamany, ale jak tylko wjeżdżamy wyżej okazuje się, że słońce nieśmiało przebija się przez góry i pokazuje Dolomity w pełnej krasie. Trentino od strony Val di Fiemme jest przepiękne. Pomimo, że jeździmy w weekend i jest trochę ludzi na stokach nie ma ścisku (warto więc odnotować w kalendarzu, że początek marca to dobry termin na narty w tym regionie). Nie stoi się w długich kolejkach do wyciągu, nie czeka się godzinami na ski pass czy bombardino. Wszystko wydaje się bardzo komfortowe i stworzone z myślą o przyjemności narciarzy.

A przyjemność mam z samej jazdy. Nie obawiam się wysokości, ani stromych stoków, bo są tak przygotowane, że gładko śmigam. Livio nabija się ze mnie, że jeżdżę jak typowa Mamma, ale jego korekta popełnianych przeze mnie błędów i kilka wskazówek daje mi więcej niż nauka z jakimkolwiek instruktorem do tej pory. Większość instruktorów w Trentino świetnie zna angielski, ale dodatkową ich zaletą jest fakt, że oni naprawdę chcą cię czegoś nauczyć i dać ci słuszne wskazówki, które ułatwiają jazdę.

A ta staje się coraz piękniejsza. Każdy stok ma niesamowite otoczenie nagich szarych skał, przepięknych drzew iglastych: czerwonej jodły, modrzewia i pinii. Mijamy świeże ślady pozostawione przez narciarzy i snowboardzistów, którzy jeżdżą na freeridzie a także grupę “awatarów” smukłych i wysokich jak Masajowie, którzy uprawiają ski touring. Mają przepiękne twarze i taki wewnętrzny spokój, jakiego ja nie doświadczam nawet po godzinnej sesji jogi i wypiciu litra melisy.

Natomiast co mnie najbardziej urzeka jako matkę – jest tu mnóstwo rodzin, z małymi dzieciakami, które świetnie sobie radzą na nartach i dopóki nie mają zmęcza, jeżdżą razem z rodzicami. Nad wszystkim czuwają górscy strażnicy “Miejscy”, czyli carabinieri narciarscy, którzy wychwytują każdą brawurową jazdę i naprawdę starają się mieć kontrolę i zapewnić bezpieczeństwo.

Słońce, śnieg, świeże powietrze i widoki są w Val di Fiemme, w Trentino nieprawdopodobnie piękne. I porównując warunki, jakie panują w Zakopanem, w którym właśnie przebywam – jest to niebo a ziemia. A ceny w Polsce są nieadekwatnie wysokie. Zbyt wysokie jak na ten śnieg i jakość stoków.

Sayonara San Martino

Nazwa hotelu, pierwszego, do którego zawitaliśmy, czyli Hotel Sayonara, trochę mnie śmieszyła, bo kojarzy mi się po pierwsze z pożegnaniem, a nie powitaniem, a po drugie prędzej nazwałabym tak knajpę sprzedającą sushi lub sklep z kimonami niż hotel w Dolomitach. Ale nie ocenia się książki po okładce, a hotelu po nazwie. Foyer i bar wyglądały dość niepozornie. Pokój był tak mały, że zmieściłam się ja i moja walizka – fakt, że do najmniejszych się nie zaliczamy…

Natomiast spa było jednym ze zmyślniejszych jakie kiedykolwiek widziałam w hotelu, który nie ma SPA w nazwie. W pokoju nie było szlafroka, bo nie każdy ma czas lub chce ze spa korzystać. Należy o niego zapytać na recepcji (i pod koniec dostaje się rachunek za jego wypożyczenie). Poza szlafrokiem, musiałam wykupić tu również czepek – swojego nie wzięłam, bo zwykle w hotelowych basenach nie jest wymagany. Tu jest i trzeba go kupić – odnotowałam: zawsze do walizki oprócz kostiumu (mam go zawsze, nawet jak się wybierałam na biegun też był w mojej przepastnej walizie) i japonek warto dorzucić czepek.

Natomiast jak już mam komplet i wchodzę do środka, nie wiem od czego zacząć. Jest dość duży basen z bardzo przyjemnie ciepłą wodą, który przechodzi w mały basenik na świeżym powietrzu. I od nich zaczynam. Wypływam na zewnątrz, jest minus 8 stopni w powietrzu, a w woda – około 48:) Mega przyjemność!

Wracam do środka, kładę się w brodziku z hydromasażem, a następnie przechodzę do saun. Przepięknie tu pachnie. Nie żadną sztucznością, tylko naturalnymi olejkami eterycznymi. W obu saunach mokrych (różniły się temperaturą, kolorem i zapachem) jest przemiło, nie czuć zapachu grzyba, jak to zwykle ma miejsce w polskich saunach mokrych, do których właśnie z tego powodu nie przepadam chodzić. Po wyjściu z sauny masz do wyboru albo prysznic, albo lekką mgiełkę w trzech różnych zapachach: cytryn, marakui oraz miętę pieprzową. Czyli nie dostajesz zimnym kubłem czy strumieniem po głowie i nie umierasz z szoku termicznego. Jesteś we Włoszech i ma ci być przyjemnie. Nie musisz cierpieć za miliony i wychodzić z sauny z opryszczką z powodu zbyt dużych różnic temperatur. Mega pomysł! I przepiękne doznanie, bo pod każdą mgiełką jest inny kolor światła, co dodatkowo rozpieszcza zmysł wzroku.

Sauna fińska jest moją ulubioną, bo uwielbiam ciepło, suche powietrze, wygrzewanie się, zapach drewna. Siedzę w niej sama, bo najwyraźniej nie jest w klimacie gości hotelowych. Po kolejnym prysznicu z cytryną i powtórce ze wszystkich saun po kolei przechodzę do strefy relaksu – piętro wyżej, gdzie mogę napić się ziołowej herbaty, zjeść owoce i położyć się na łóżku z koloroterpaią na pałąku nad moją głową. Łóżko okazuje się wodne, a wchodzi się na nie drepcząc po naturalnych gładkich morskich kamieniach. Ktoś tu przemyślał każdy szczegół i w ogóle nie chce mi się stąd wychodzić, pomimo, że przede mną wiele kolejnych atrakcji.

Po ogromnej kolacji (o której w kolejnym akapicie) wstaję rano z trudem i wlokę się na śniadanie spodziewając się kontynentalnego badziewia i waty zamiast chleba. A tu totalne zaskoczenie!!! Do wyboru mam tyle rzeczy, że nie mogę przez 15 minut podjąć decyzji. 20 różnych gatunków miodów, w tym na naturalnym plastrze, pieczywo we wszystkich kolorach i wszystkich przemiałach (a nawet podgrzewane, jeszcze ciepłe w mini-piecu chlebowym), miejscowe sery, wędliny, dżemy – dostaję oczopląsu. Wybieram croissanty z serem i prosciutto polewane miodem. Tak, wiem – najgorzej, ale jadę na narty, więc zaraz to spalę.

Ogólne wrażenie z Hotel Sayonara w San Martino – jest to świetna baza blisko do stoków i tras narciarskich, przepięknie położona w otoczeniu widoków na Dolomity z pysznymi śniadaniami i obłędnym spa. Pokój dość średni, ale reszta rekompensuje wrażenie.

Boska Villa di Bosco
Wyjeżdżam z San Martino di Castrozza i zmieniam adres zameldowania na Villa di Bosco w Tesero. To inna strona regionu Trentino – dolina zwana Val di Fiemme. Hotel już na wstępie podoba mi się bardzo, bo jest jednocześnie górski/góralski – cały z drewna, ale nie przewalony kiczem. Wchodząc do windy dostajemy ataku śmiechu, bo wisi kartka z ostrzeżeniem, żeby dzieci z niej nie korzystały bez opieki dorosłych – napisana w dwóch językach: po angielsku i po…polsku!

Polacy w Dolomity przyjeżdżają bardzo często i są drugim tuż po Włochach narodem, który najczęściej wybiera Trentino jako kierunek na narty. I jak twierdzi mój ulubieniec, zwany przez nas Il Professore, czyli Livio, Polacy są bardzo do Włochów podobni na wakacjach. Lubią kupić dobre wino, wyjść na droższą kolację i korzystać z życia. Tylko jak stwierdził różni nas to, że Polak przyjeżdża lepszym samochodem niż Włoch czy Niemiec i później umiera ze strachu, że ktoś mu podprowadzi jego Audi czy BMW;)

Ale wracam do boskiej Villi di Bosco (bosco to las i widzę go z każdej strony). Mój pokój to apartament dla czteroosobowej rodziny. Mam podwójne małżeńskie łoże, rozkładaną kanapę i aneks ze stolikiem i czterema krzesłami oraz naprawdę piękną łazienkę, która nie jest klaustrofobicznie mała. Na ścianie widzę starą wielką  fotografię w odcieniu sepii narciarza patrzącego się z miłością na Dolomity. Zakochuję się w tym pokoju, bo jest tu dużo powietrza, nie śmierdzi klimatyzacją, więc nie budzę się opuchnięta – jak to się zwykle dzieje w hotelach, w których nie można otworzyć okna i trzeba oddychać plastikiem z grzybem.

Spa w hotelu jest przyjemne. Najprzyjemniejszą jego częścią jest zewnętrzny basen (dużo większy niż w Sayonara), w którym spędzamy ze znajomymi ponad godzinę gapiąc się na góry, rozmawiając i lecząc zakwasy po intensywnym weekendzie na nartach. Sauny są trzy: jedna mokra z koloroterapią i dwie suche. Po skorzystaniu z saun popijamy przepyszną ziołową herbatę i leżymy w pokoju relaksu pod kocykiem. To spa nie jest aż tak obłędne jak w Sayonara, ale tutaj nie musisz nosić w basenie czepka, a szlafrok jest w cenie noclegu.

Śniadanie jest super! Do wyboru są i ciepłe tematy, jak jajecznica, parówki i inne dania i różne pikle oraz warzywa (zauważyliśmy, że je się ich tutaj dość mało). Można wycisnąć sok ze świeżych sycylijskich czerwonych pomarańczy, zjeść płatki, rogale i zagryźć ulubionym włoskim parmezanem z Trentino. Przy stolikach słychać język polski, włoski i francuski…

Trentingrana, Biramisu i Trento Doc

Mój bliski przyjaciel życzył mi przed tą podróżą, abym pękła z przejedzenia i przepicia. I wiele się nie pomylił… Kiedy jadę do Włoch zamieniam się w tucznika. I nawet nie jest mi przykro, ani nie żałuję żadnej pożartej kalorii. Wszystko tu jest przepyszne i każdy region ma swoje portfolio smaków, które powalają.

W Trentino, jeśli wylądujesz tu na nartach, koniecznie odwiedź San Martino di Castrozza i wspominany przeze mnie kuligo-aperitivo na śniegu. Nieopodal mieści się na stoku aplejska chata Malga Fratazza. Nie daj się zwieść pozorom. Panie kelnerki noszą stroje jak z Oktoberfest, a ich uroda jest daleka od włoskiej, ale poczucie humoru i jedzenie, które serwują są niezwykłe.

Korzystając z faktu, że jesteśmy tutaj grupą, każde z nas zamawia inną przystawkę i inne danie główne. Testujemy więc genialne gnocchi z wędzoną mozzarellą i orzechami, sakiewki z serem i gruszką posypane makiem, a także świetne mięsa, w tym sarninę – miejscowy przysmak. A także kotlet z miejscowego sera (dla mnie to wspomnienie z dzieciństwa, choć ja zamiast Fontiny jadłam ser edamski). Wszystko jest wyborne i wychodzimy zataczając się z przejedzenia i lekkiego rauszu. Knajpa o godzinie 20-stej wypełnia się po brzegi, a następnie goście wysypują się najedzeni i podchmieleni, aby zjechać na dół na… sankach na płozach zrobionych z nart.

Pakujemy się z Ewą, 10 lat młodszą ode mnie koleżanką na jedne sanki i osiągamy zawrotną prędkość – jesteśmy najszybsze (pewnie ciężkie od tej ilości pożartego makaronu) i zjeżdżamy pod sam wyciąg wrzeszcząc jak małe dzieci, z twarzami oblepionymi śniegiem (od hamowania butami). Cudne zakończenie wieczoru! Reszta grupy zjeżdża tak jak tu przybyła, czyli transportem skuterowo-śnieżnym, więc bez okrzyków radości;)

Następnego dnia, po kilku godzinach na nartach obiad jemy w Malga Ces, czyli kolejnej aplejskiej chacie (ale dużo większej niż Malga Fratazza). Fabio (zwany ojcem naszego wyjazdu, czyli człowiek o anielskiej cierpliwości i wyjątkowo spokojnej naturze) i Jenny (szefowa turystyki w San Martino di Castrozza), którzy się nami opiekowali na przystawkę zamawiają dla nas deskę miejscowych serów i wędlin. Podawane są z miodami, piklami i czarną musztardą oraz pieczywem. Można pęknąć z przejedzenia po samej takiej przystawce, ale nie sposób oprzeć się Fontinie, Trentingrana popijanych przepysznym Trento Doc. To coś w rodzaju szampana. Wino bardzo wytrawne, białe, ale dalekie od lekkiego i słodkawego Prosecco. ma drobniejsze bąbelki i dużo bardziej szlachetny smak. Jest obracane tak jak szampan, żeby fermentacja kształtowała odpowiedni bąbel i całość nabierała dobrego smaku. Jeśt będziesz w Trentino, koniecznie kup co najmniej butelkę tego rarytasu!

Na obiad zjadam raviollo ze szpinakiem (coś wspaniałego!), a kiedy myślę, że już nie mam miejsca na deser pojawia się wizja spróbowania po raz pierwszy w życiu pozycji o nazwie Biramisu. To tiramisu, w którym zamiast amaretto i kawy nasącza się biszkopty miejscowym piwem. Coś wspaniałego! Spróbuj koniecznie!

Pasta, pasta, pizza, basta!

W drugiej dolinie – Val di Fiemme, zaczynamy z przytupem, świetną kolacją w Predazzo w w La Primoteca. Słynie z jednoziarnistych makaronów, które wytwarzane są niedaleko. Ale robi także własne pasty, które z przyjemnością testujemy w ilościach nieprzyzwoitych. Zaczynamy skromnie, od baru sałatkowego, ale kończymy jak na tuczniki przystało. Przynajmniej ja. W restauracji siedzą sami lokalesi i to też jest mega pomysł. Jeśli naprawdę kochasz makaron, musisz go tutaj spróbować. Nawet na stronie NOT ONLY PASTA, znajdziesz canelloni i ravioli, więc wiadomo, na jakie dania się tutaj przychodzi;) Ale jeśli zaczniesz tak jak my: od sałatki i stu rodzajów bruschetty (z prawdziwkami powala na łopatki, podobnie jak z karczochami), na makaron możesz nie mieć miejsca. A na dodatek są jeszcze na deser domowe lody waniliowe z gorącym sosem z malin. Obłęd.

Drugiego dnia lunch zjadamy na stoku w niepozornej zdawałoby się kolejnej góralskiej chacie na stoku. Pasta jest tu tak pyszna, że wydaje nam się, że przebija wszystkie inne do tej pory. A ja śmiem zaryzykować, że to najlepszy makaron jaki w życiu jadłam. Nie tylko ze względu na konsystencję samej pasty, ale i na dodatki. Dostajemy makaron z sarniną, kolejny z homarem, a jeszcze kolejny z omułkami. Ale powala nawet sama carbonara. Warto się zmęczyć na nartach, żeby doświadczyć takiego jedzenia;)

Wieczorną kolację, pomimo, że wciąż wspominamy obiad czyli festiwal makaronowy, zjadamy w La Stua, czyli historycznej restauracji, która jest częścią pięknego hotelu. Każdy detal tu pasuje do reszty i jest niezwykle wytwornie. Świece, koronkowe serwetki, nawet karafki do wody z logo restauracji – przepiękne. Zjadam wspaniałego steka z tuńczyka i żałuję, że nie mam dwóch żołądków. Łamię się na deser – czekoladowy fondant. Natomiast właśnie tu spróbuj koniecznie kremu brulee z leśną nutą. Jego aromat przypomina szyszki, igły i żywice z drzew iglastych, z których Val di Fiemme słynie. Cudowna Frederica, która nas tutaj gości i oprowadza jest wspaniałą gospodynią wyjazdu. I jeździ na nartach w podobnym tempie jak ja, więc czuję z nią dobry flow;)

Kolejnego dnia, żeby nie było, że nie spróbowaliśmy pizzy podczas pobytu we Włoszech, Frederica zabiera nas do totalnego miejsca, które warto odwiedzić, nawet będąc w tych okolicach przejazdem dla samego doświadczenia czym może być pizza. Po przepięknym spacerze po malowniczym Cavalese, wizycie w muzeum, zakupach w supermarkecie, w którym wydaję fortunę na parmezany, wina i makarony – czas na posiłek.

W Pizza Excelsior w Cavalese testujemy miejscowe piwka – przepyszne, choć długo piwa nie piłam ze względu na alergie – a do nich 8 różnych smaków pizzy. Szef kuchni ma gwiazdkę Michellina, więc ogarnia temat jak mało kto. Najbardziej smakują mi pizza z serem, soserm pomidorowym i wiórkami cytryny oraz anchois, którego zwykle nie znoszę (szok smakowy!), pizza z serem provolone, pstrągiem i cytryną oraz ze szparagami, jajkiem i prosciutto. Wszystkie są iście wiosenne w smaku, nieprawdopodobnie pyszne i godne przyjazdu do Val di Fiemme.

Słowem, jeśli będziesz wybierać się na narty, ale bliskie jest ci dolce farniente czy dolce vita, polecam te dwie miejscówki: San Martino di Castrozza i Val di Fiemme oprócz wspaniałego śniegu, doskonale przygotowanych stoków, totalnych widoków, ma też dobrą bazę hoteli, przepiękne spa i centra wellness, a jedzenie tak obłędne, że z pewnością wrócę tu z moimi trzema smakoszami włoskiej kuchni: Bianką, Teo i Michałem.

Comments are closed.