I jak wakacje? Wypoczęta? Jeśli jesteś matką i słyszysz to pytanie, z pewnością nie wiesz co na nie odpowiedzieć. Wakacje z dziećmi, jeśli nie masz sztabu guwernantek opiekunek, cioć i animatorek, to niezłe wyzwanie. I nie byle jaka próba wytrzymałości. Stajesz twarzą w twarz z własnymi słabościami i zastanawiasz się czy tylko ty wracasz po każdym dłuższym pobycie poza domem styrana jak wół. Ale wczasy z maluchami mają różne twarze i nie zamieniłabym je na żadne inne. Dlaczego?

Kierunek: woda i piach

Czemu rodzice nie jeżdżą do Toskanii? Bo to nie jest dobry kierunek na podróż z dziećmi. Odległość do morza i robienia babek z piasku, wysokie różnice temperatur pomiędzy południem a wieczorem, wreszcie – inny styl życia. Rodzice z dziećmi jeżdżą na campingi, które np. we Włoszech mają w pełni wypasione zaplecze zajęć dla dzieci. Od basenów, poprzez place zabaw, boiska do gry w piłkę, kosza, animacje i mini-disco.

W tym roku kolejny raz wybraliśmy camping we Włoszech (a nawet dwa: jeden nad jeziorem Garda, drugi w Lido, nad Adriatykiem), jako pierwszy cel wakacji. I kolejny raz przekonaliśmy się, że to jedyny model wakacji, który odpowiada naszemu modelowi dzieci.

Po pierwsze: mają codziennie dostęp do basenu. Po drugie: mają codzienny dostęp do większego zbiornika wodnego, a co za tym idzie – do przyrody. Codziennie zaczynają, przeplatają i kończą dzień wspinając się, spadając i latając po atrakcjach na placu zabaw. Tańczą i śpiewają na mini disco. Poznają nowych kolegów. Jedzą lody i frytki lub pizzę (sorry, ale nie ma od tego odwrotu, skoro wszystkie inne dzieci też jedzą, nie będziemy serwować im kiełków i quinoi). I nie trują. A przynajmniej nie na taką skalę jak podczas innych wyjazdów, kiedy słyszysz co 5 minut: mamo, tato nudzi mi się.

Decydując się na inny kierunek wyjazdu, typu: większe lub mniejsze miasto, wieś czy las, naprawdę warto sprawdzić co jest dokoła. I czy to zapewni zajęcie dzieciom. W przypadku 2,5 letniej Bianki najważniejszy jest: dostęp do placu zabaw, dostęp do klocków, basen, małe zwierzę, np. kot, koza lub kura, które można będzie gonić, karmić, a później wyć, żeby je zabrać do domku. W przypadku Teo (6,5 roku), najważniejsza jest: przyroda (grzyby, las, glony, łąka, robale, żaby, zwierzęta małe i duże), przyroda nieożywiona (minerały, piasek, ziemia, błoto), towarzystwo w podobnym wieku, miejsce do kopania piłki, basen, morze lub jezioro. Reasumując: małe dzieci w wieku szkolno-przedszkolnym, potrzebują wody i piachu i placu zabaw. Są zbyt małe i marudne na zwiedzanie muzeów, zamków czy poznawanie miast – gówno je to obchodzi, chyba, że w okolicy jest świetny aqua park…

Mając to na uwadze ostatni dłuższy weekend spędziliśmy na Kaszubach i nad polskim morzem. Odwiedziliśmy Sopot – porażka na całej linii. Dzieci umordowane tłumem, nie chciały nawet stóp zamoczyć w morzu, bo za brudne, na piasku leżały pety, kapsle i inne śmieci, a na jedzenie czekaliśmy wieczność, więc darły się z głodu. Także Trójmiasto mamy zaliczone i przez najbliższy milion lat tam nie pojedziemy (a szkoda, bo ja akurat to miejsce uwielbiam).

Hel, a konkretnie Chałupy, okazały się natomiast strzałem w 10. Z kilku względów. Po pierwsze: idealnie biały, czysty piach, który nie parzy w stopy – trafiliśmy na dobrą temperaturę 23-25 stopni. Po drugie: ciepła woda w Bałtyku i brak sinic. Za to były meduzy, które Teodor rozkosznie łapał do wiaderka i budował dla nich baseny. A po trzecie: nie było tłumów, parawaningu i całego nadmorskiego syfu i zgiełku, którego nasze dzieci podobnie jak my – nie trawią. Bianka się tarzała po piasku, Teo skakał przez falę. Nikt nie był głodny, nie chciał pić, ani nie narzekał na nudę – szok i niedowierzanie! Gdyby taką pogodę można nad polskim morzem zamówić, nie zawracałabym sobie głowy jazdą do Włoch. Ale to oczywiście niemożliwe, więc przyjmuję te dwa dni na Helu jako zachętę i wersję demo, pt. tak mogą wyglądać wakacje nad Bałtykiem.

Na Kaszubach natomiast jest istny raj dla nieco starszych dzieci (bardziej w wieku Teo niż Bianki), które mają już nieco inne zainteresowania niż robienie babek z piasku czy zakopywanie się w nim po uszy i zjadanie go łyżeczką lub całą dłonią… Można tam i popływać rowerem wodnym lub kajakiem po rzekach i jeziorach i przejechać się drezyną i zwiedzić muzeum bursztynu, pobawić się ze zwierzakami, popływać w jeziorze. Słowem – można robić wszystko i nie ma takiego zadęcia jak np. na Mazurach.

Genialnym kierunkiem jest dla dzieci gospodarstwo agroturystyczne, jak Ranczo Kupała w Hajnówce. Czyli domek w środowisku zwierząt. Dzieci karmią kozę Balbinkę, osła Oskara, jeżdżą kładem z przemiłym właścicielem posesji, spacerują po łąkach i lasach, bawią się na placu zabaw i śpią w leśnym domku.

Podstawa: wałówka na czarną i głodną godzinę

Karmienie dzieci to niekończąca się opowieść… Niektóre z nich są niejadkami i mają ogromny problem z każdą zmianą klimatu, otoczenia czy miejsca pobytu. Inne jedzą zbyt dużo, zbyt często i niewłaściwie – tu jest akurat największa wina rodziców i kiepskich nawyków żywieniowych, ale nie chcę się wymądrzać, bo sama wiele błędów popełniałam i popełniam. A jeszcze inne – jak moje – jedzą normalnie, przeciętnie, ale nie powiedzą, że są głodne – podobnie jak ich tata, za to na pustkę w brzuchu reagują nerwem.

I tu pojawia się rola supermamy, która zawsze ma skitranego banana, jogurt, bułkę czy jabłko i do tego butelkę wody. Bez takich podstaw nie ma sensu ruszać się gdziekolwiek. Bo jak pokazuje życie, są miejsca, w których nie da się kupić do jedzenia czegokolwiek, co lubią spożywać dzieci, albo np. czeka się na posiłek godzinę, czyli wieczność. Kończy się to za każdym razem tak samo. Dzieci płaczą, obrażają się, mają focha, albo zaczynają pyskować, rodzice się robią nerwowi i powstaje sytuacja bez wyjścia za to z dużą ilością decybeli. Przerabialiśmy to wiele razy na rowerach wodnych, w środku lasu, podczas wycieczki w góry czy na kompletnym zadupiu bez sklepu spożywczego, o jakimkolwiek punkcie gastronomicznym nie wspominając. I właśnie dlatego staram się zawsze mieć przy sobie małą wałówkę.

Natomiast nie da się ukryć, że wakacyjne wyjazdy to także próba sił i spotkanie twarzą w twarz ze samym sobą i swoimi słabościami. I wiele razy przy dzieciach robi się coś dla tak zwanego świętego spokoju. Co jest absurdalne, wywołuje nerwicę i wzbudza poczucie winy. Przykłady? Jeżdżąc ostatnimi tygodniami po Polsce, z trudem byliśmy w stanie znaleźć jedzenie bez frytury i frytek.

Najpopularniejszymi potrawami w RP (poza kebabem i pizzą), są: frytki (dodawane dosłownie do wszystkiego, jakby nie było innej wersji ziemniaka lub jakiejkolwiek dla niego alternatywy), kotlet w panierce lub kurczak w panierce, kiełbasa, pierogi z omastą. I niezależnie od tego czy jesteś na Podlasiu, Kaszubach czy w Wielkopolsce, wakacyjne menu jedzie razem z tobą. I staje się twoją największą zmorą i prześladowcą.

Przeciętny człowiek z przeciętnym żołądkiem po trzech dniach jedzenia frytek i frytury po prostu wymięka. Pierogi ruskie przy 30 stopniowych upałach też średnio “wchodzą”, a rosołem już dzieci zaczynają po dwóch dniach rzygać. Oczywiście możesz wynająć tak jak my – mieszkanko z aneksem kuchennym i gotować na własną rękę, ale biorąc pod uwagę wakacyjny luz, po który w końcu przyjeżdżasz, nie chcesz pędzić z wywalonym ozorem po to, żeby ugotować dzieciom kaszę i kalafiora.

Trafiasz więc do kolejnej knajpy, zjadasz rybę (z frytkami, o ile jeszcze nie puścisz na nie pawia) z kapustą kiszoną i cieszysz się, że jest zdrowiej niż wczoraj, bo przynajmniej o jedną panierkę mniej (rybę wybierasz pieczoną, zamiast smażonej). Ostatniego dnia na Kaszubach, ja wybieram sałatkę – zawiera więcej mięsa niż kotlet zamówiony przez Teodora, Bianka naleśniki – zawierają więcej śmietany i polewy czekoladowej niż deser, za to śladowe ilości owoców, a Michał placki ziemniaczane – są inną wersją frytek, a przynajmniej mają inny kształt… Przypomina nam się smażony olej przez całą drogę powrotną do domu.

Alternatywa dla dzieci? Makaron. Przynajmniej jest gotowany i nie zawiera panierki, a prawie zawsze wyświetla się w menu dziecięcym. Zupy poza rosołem ani Teo ani Bianka nigdzie poza domem nie zjedzą. Warzywem są jedynie cholerne frytki, a od wielkiego dzwonu surówka z marchwi. Na tym tle wakacje we Włoszech wydają się naprawdę bardziej zdrowotne, bo przynajmniej w makaronie i pizzy pojawia się sos pomidorowy… Natomiast wyrzuty sumienia uczę się zostawić w przeszłości i więcej się nie przejmować nieregularnością i kiepską jakością wakacyjnych posiłków.

Te wczasy pokazały, że moje dzieci na tle przeciętnych dzieciaków jedzą dość mało, nie mają złych zwyczajów żywieniowych, pt. gazowany napój lub słodzony sok do każdego posiłku, a nawet zamiast wody, czy niekończące się przekąski typu chipsy, chrupki, batony i tak dalej. Jedynymi słodyczami były lody i tych przez całe lato nikt z nas im nie żałował.

Przygody: ospa wietrzna i biegunka

Wyjazd z dziećmi to niekończący się korowód przygód i niespodzianek. Po czterech dniach wycia Bianki we Włoszech i usilnego proszenia nas o powrót do domku na Mińską, postanowiłam wysłać zdjęcie jej “potówek” do przyjaciela pediatry. “Jaka piękna ospa” – odpisał, a ja miałam ochotę go zabić. A przy okazji również siebie. Co robić? Ospa wietrzna na wakacjach na plaży i basenie?!? Przecież nie dość, że pozarażała pół Europy mocząc się przez kilka dni z dziećmi w basenie, to na dodatek mamy z głowy resztę wyjazdu… Ufam Pawłowi najbardziej na świecie, ale skrycie liczyłam na to, że się tym razem pomylił i postanowiłam sprawdzić to na żywo u włoskiej pani doktor.

– Vermicella – powiedziała z uśmiechem. Zabrzmiało jak straciatella, więc wciąż naiwnie liczyłam, że może to jakiś rodzaj pokrzywki kontaktowej. Ale jak tylko zapytałam google translatora, okazało się, że vermicella, to ospa wietrzna i że Paweł kolejny raz się nie mylił. Co robić z dzieckiem z ospą na wakacjach? Chronić przed słońcem i wodą. Czyli najgorzej – pomyślałam i głośno rozpłakałam się wywołując ogromne zdziwienie u pani doktor.

– To bardzo popularne u takich małych dzieci i powinna pani ją przez 14 dni chronić przed kontaktem z wodą i słońcem – dodała lekarka. Cudownie – pomyślałam, czyli cały pobyt w Italii poszedł w diabły…

Ale mój katastrofizm na szczęście ma brata bliźniaka, czyli niczym niepoparty optymizm (nieistniejący w mojej rodzinie). Damy radę, będziemy robić dyżury, smarować krosty sprejem z kwasem hialuronowym (który przepisała pani doktor(, a wcześniej odkażać je Octeniseptem (jak radził Paweł) i dopóki nie wyschną, dbać o to, żeby Bianka nie wchodziła do wody, a bąble nie zaczęły jej się nadkażać.

Nad Gardą potrzymałam ją trzy dni poza basenem – nie było to najłatwiejsze. Widziałam jak wylewa siódme poty, jej malutkie ciało walczy z choróbskiem, ale widziałam też, że ilość krost w porównaniu z tą, którą miał kilka lat wcześniej Teodor jest dość śmieszna. Naliczyłam raptem 15 sztuk. Z twarzy zniknęły po dwóch dniach, a na klatce piersiowej i nogach utrzymały się przez kilka kolejnych dni. Dostawała doustnie Heviran i z każdym dniem miała coraz lepszy humor.

W drugim tygodniu, nad morzem, postanowiłam kompletnie olać temat i oddać się la dolce vita i dolci farniente. Wzięłam ją na plażę, namówiłam na skakanie przez morskie fale i grzebanie w piasku i błocie. Krosty zaczęły znikać w oczach. Bardzo chroniłam jej skórę przed słońcem nakładając przez cały wyjazd filtry SPF 50, a w najgorętszych popołudniowych godzinach schodziliśmy z plaży.

Vermicella minęła, przyszedł czas na straciatellę i inne przyjemności. Oczywiście nie da się porównać ospy do ospy i każdy człowiek przechodzi tę chorobę inaczej. Natomiast poddawanie się i rezygnowanie z wakacji też nie jest rozwiązaniem. Jeśli przy gorączce podróżowalibyśmy z powrotem do Polski, możliwe, że zaszkodziłoby jej to bardziej niż siedzenie w cieniu bez koszulki i wietrzenie krostek. Zaczęłam się też zastanawiać ilu rodziców nie zdaje sobie sprawy, że dzieci mają ospę i traktuje ją jako zwykłą wysypkę lub potówki…

Właściwie Bianka z tego co widzę po kilku ładnych tygodniach, ma po tych wakacjach więcej blizn po rozdrapanych ugryzieniach komarów niż po vermicelli. Moim odkryciem jest zupełnie inna technika leczenia czyli aplikacja preparatu z kwasem hialuronowym na zmiany zapalne. Krostki nie pękały, więc blizny nie powstały.

Natomiast wizyta u prababci, która ma przydomek Babcia Kanapeczka, zaczęła się u Bianki wielkim pawiem – z przejedzenia, a u Teodora – biegunką. Z tego samego powodu. Innych przygód i niespodzianek nie zarejestrowaliśmy, co uznaję za wielkie szczęście, bo mam koleżanki, które wyjeżdżając z dziećmi pakują torbę z lekami, w tym – antybiotykami, w razie nieprzewidzianych chorób. Michał i ja zdecydowanie idziemy na żywioł i też nie wiem czy jest to dobre rozwiązanie. Może złoty środek, z cyklu: coś przeciwzapalnego, coś antyhistaminowego, Octenisept do odkażania skaleczeń i książeczka zdrowia, o której zapomnieliśmy. Warto też podróżując poza Polskę mieć wykupione ubezpieczenie. Za wizytę musieliśmy zapłacić, ale dzięki temu wszystko trafiło z powrotem do naszej kieszeni.

Efekt: wielkie szczęście i spełnienie

Oprócz wszelkich trudów, typu: marudzenie w trakcie jazdy, siedzenie w pozycji chińskiego osiem przez całą drogę, znoszenia ryku, fochów i obrażania się, zapewnianiu niekończących się atrakcji, tam, gdzie dziecko nie jest ich w stanie dostrzec – tegoroczne wakacje uważam za bardzo udane! Dzięki wsparciu mojej najmłodszej siostry Viwi, która była z nami we Włoszech, mogliśmy pójść na dwie randki i popływać po zmroku w jeziorze Garda i Adriatyku, ugotować obiady czy przygotować śniadania lub kolacje, kiedy Teo i Bianka świetnie się z nią bawili. A także mieć poczucie, że to jednak są wakacje i my, rodzice, też na coś zasługujemy.

Dzięki mojej mamie i jej wsparciu oraz gościnności moich cudownych dziadków, mogłam pokazać dzieciom Toruń z zupełnie innej, magicznej strony. Dzięki moim pomysłowym i serdecznym teściom, Teo spędził fajny tydzień nad jeziorem. A dzięki Biance i Teodorowi wiem, czym jest prawdziwe życie i każdego dnia smakuję je w pełni. Wyjeżdżając z dziećmi nie ma mowy o nudzie i przewidywalności. Każdy dzień, chwila, a nawet minuta są inne. Zbliżasz się do świata dziecka i poniekąd znowu je w sobie odkrywasz. Czujesz miłość przytulając je mocno na ciepłym piasku i w chłodniejszej wodzie. A widząc każdego dnia ich uśmiech – nawet, jeśli wyszedł po godzinnej histerii pełnej łez – rozpływasz się ze szczęścia. Wiesz, że właśnie po to zasuwasz przez cały rok, że po to zarywasz wieczory siedząc i tracąc wzrok przed komputerem, żeby móc tym małym chłonnym świata główkom coś pokazać.

Po każdym wyjeździe dzieci wracają z nowymi umiejętnościami. Uczą się w każdej sekundzie. Łapią ulotne chwile. A Ty, pomimo, że zmęczona/zmęczony (więcej pisałam już na ten temat w artykule Wakacje z dziećmi, czyli ciężka praca dla rodzica w nietypowych warunkach) czujesz, że to ma sens. Że siedzenie w domu, w wygodzie i znanym otoczeniu, jest jednak pewnego rodzaju egoizmem. Naprawdę warto wyjeżdżać z dziećmi i pokazywać im inny niż ten codzienny – świat. Nawet jeśli przez najbliższych pięć lat będziemy siedzieć z dupą na piasku. Ten czas należy nie tylko do nich, ale jest też czasem dla nas. Może nie romantycznymi spacerami po Wenecji i kolacjami w blasku świec – chyba, że tych odstraszających komary na campingu (sic!) – czy ekscytującą podróżą po Kalifornii, albo relaksującym pobytem w spa, ale czymś co ma ogromną wartość. I jest ważne. O czym najlepiej świadczą wspomnienia z dzieciństwa. Najlepsze z nich pochodzą z wakacji z rodzicami. I nikt i nic tego nie zmieni!