Polska to planeta wszechwiedzących osób, które na każdy temat uwielbiają wyrażać swoje zdanie. Polityka, wiara, mniejszości seksualne, seks, dzieci. A wraz z dziećmi szkoła i przedszkole. Co głowa, to inna mądrość i pewność swojej racji. Ale w tym wszystkim nie chodzi o rację, tylko o dobro dziecka. Ostatni tydzień był dla mnie i moich najbliższych piekiełkiem związanym ze startem Bianki do przedszkola. I póki co żadna rada, poza jedną się nie sprawdziła…

Perypetie przedszkolne przed Bianką

Przesada w żadną stronę nigdy nie jest dobrym rozwiązaniem. Dlatego kiedyś matki – Polki, które nie decydują się w ogóle swoich dzieci posyłać do przedszkoli wydawały się według mnie dziwne, jakby celowo chciały je izolować. Pomimo, że moja mama była jedną z nich… Zarówno moja młodsza siostra Nati, jak i ja wychowywałyśmy się w domu i nie chodziłyśmy do przedszkola. Rodzice byli po rozwodzie i samotna matka nie miała siły przebicia, żeby taką edukację nam załatwić. Nie mam więc żadnej historii miłosnej z wieku 4-5 lat czy opowieści o leżakowaniu, rzyganiu zupą truskawkową i staniu w kącie. Nie mam też zdjęć z bali przebierańców, bo nie chodziłam do przedszkola.

Za to moja mama, pomimo, że miała na głowie nas dwie, zarobienie na nas dwie – tata był wolnym ptakiem i krążył po świecie – chodziła z nami na zajęcia muzyczne. Najpierw na rytmikę, a następnie do teatru muzycznego Mała Rewia. Tam uczyłyśmy się dykcji, śpiewania trzecim głosem, występów przed kilkuset osobami i kontaktów społecznych. Poza tymi przyjacielskimi i podwórkowymi, nie miałyśmy przecież gdzie ich nawiązywać. Mama nas wszędzie odwoziła, uczestniczyła w każdym naszym występie, szyła stroje, pomagała w budowaniu scenografii i innych rzeczy związanych z naszą Małą Rewią. Nie brakowało nam przedszkola (ja co prawda zaczęłam chodzić na rewię już w szkole) i nie było mowy o nudzie. Zajęcia odbywały się trzy razy w tygodniu i dawały niezły wycisk.

Mój mąż Michał, przedszkole zaczął w wieku 2,5 lat. Rozpaczał tak strasznie, że mama zmuszona była go zabrać i poszedł z powrotem do innej placówki o dwa lata później…

Mojego synka, Teodora nie chciałam posłać do przedszkola, pomimo, że matką Polką nie jestem… Powód? Patrzyłam na zaglucone dzieci moich przyjaciół, sfrustrowane matki siedzące z nimi w domu i biorące “home office”, kolejne antybiotyki i syndrom domowego aresztu. Nasze spotkania w okresie październik – marzec, praktycznie się skończyły. Cały czas dzieci przedszkolne były chore.

Poza tym, kiedy Teo miał rok i 8 miesięcy straciłam dziecko (jego braciszka Rysia) a strasznie chciałam mieć jeszcze drugie. W szpitalu nasłuchałam się, że możliwe, że dzidziuś zmarł, bo przyniosłam jakiegoś wirusa z piaskownicy. I że to bardzo częste, że kobiety tracą ciąże w późnym etapie, bo dziecko w brzuchu inaczej odbiera wirusy i bakterie, niż dorośli, którzy chorują.

Tak naprawdę nikt nie wie dlaczego nie udało nam się mieć drugiego synka i jak to się stało, że zmarł w 37 tygodniu, ale lęk i schiza przed stratą kolejnego – były silniejsze. Teo nie poszedł więc do przedszkola podczas kolejnej nieudanej próby bycia w ciąży. A kiedy zaszłam po raz trzeci i powiedziałam sobie, że tym razem wszystko się musi udać, bo to zupełnie inny stan niż dwie poprzednie ciąże – nie został do przedszkola przyjęty. Albo za mało walczyłam, albo tak miało być.

Dostał się kilka miesięcy później, w styczniu, do wielkiego molochu blisko naszego ulubionego parku. Na wstępie zobaczyłam dwie kartki: ospa wietrzna i wszawica. A także wielkie, ogromniaste schody, po których mój przerażony 4-latek ledwo wdrapał się do góry. Miałam dać odpowiedź do końca tygodnia. Jasne było dla mnie, że będzie negatywna. Teodor został w domu. Ze mną i malutką Bianką. Nie miał syndromu odstawienia, odtrącenia, porzucenia.

Poszedł do kameralnego przedszkola kilka miesięcy później, ze swoimi kolegami z bloku. Z cudownymi opiekuńczymi paniami, którym się chce być dla dzieci i wyczyniać z nimi cuda. Dwa tygodnie chodził (w wieku 4 lat i 8 miesięcy) z uśmiechem, a następnie zaczęła się histeria. Trwała dwa miesiące. Krążyliśmy po psychologach, pedagogach, rozmawialiśmy z kim się dało. Teo panicznie bał się zostawania z grupą 20-kilku dzieci. Przerażał go hałas i to, że nie jest w centrum uwagi. Za tę krzywdę mogę winić tylko siebie i moją paranoję. Gdyby poszedł rok wcześniej – podejrzewam, że nie byłoby takiej sensacji. Ale mijały kolejne miesiące i z czasem pokochał to przedszkole i płakał w weekendy, że nie może do niego iść i bawić się z kolegami i uczyć. Dziś szczęśliwy od 3 września lata do szkoły jak na skrzydłach.

Czy to był błąd, że zaczął tak późno edukację przedszkolną? Prawdopodobnie tak. Chociaż jest super rozwinięty, łatwo nawiązuje kontakty i ma obłędną wiedzę przyrodniczą, za co jestem wdzięczna mojej mamie, która go wychowywała te 4 lata i samej sobie. Bo któremu rodzicowi chce się łapać meduzy, hodować triopsy i zbierać grzyby o 6 rano w sobotę? (więcej na ten temat przeczytasz m.in. we wpisie Frytki z lodami i ospa z komarami. Czyli moje wakacje z dziećmi)

Epopeja ze smoczkiem w tle

Bianka znana jest w Teodora przedszkolu z kilku rzeczy. Po pierwsze z radości z jaką wpada za każdym razem na plac zabaw i nie chce z niego wyjść. Po drugie z entuzjazmu, z jakim przychodzi na jego występy i sama zawsze chce być przebrana. A po trzecie ze słynnego show, który dała śpiewając wymyśloną przez siebie piosenkę pt. Rekin, rekin, rekin, rekin – kiedy miała fazę na miłość do rekinów i były to jej ulubione zabawki.

Przebojowa, uśmiechnięta, wesoła i zawsze chętna, żeby pojawić się po brata w przedszkolu z pieśnią na ustach, pt. Jedziemy do przedszkola, odebrać Teodora… (do melodii Karin Stanek “Autostop”). Bardzo chętnie i zajarana chodziła też na zajęcia przed przedszkolne do praskiego domu kultury, na których uczyła się śpiewania, rysowania, malowania i tak zwanego klejowania (to jej słowo, stworzone właśnie na tych zajęciach). Wychowuje się w domu pełnym ludzi, dzieci, spotyka się na podwórku z rówieśnikami i kolegami starszego brata. Jest kontaktowa i nie sprawia problemów.

Wydawało się więc, że jest idealnym materiałem na przedszkolaka. Niestety to były pozory. A pozory mylą…

Początkowo Bianka z radością przychodziła na dni adaptacyjne. Pierwszego dnia była z tatą i Teo, drugiego z babcią. Wszystko wydawało się w jak najlepszym porządku. Poniedziałek 3 września została w sali pełnej wyjących dzieci. Jedna dziewczynka darła się i rzucała tak, że wyglądała jak z filmów Polańskiego. Przerażona sama wyszłam stamtąd z bólem głowy.

Po godzinie wróciłam zapytać, jak się sprawuje Bianka. Okazało się, że z emocji zasnęła podczas śniadania i grzecznie śpi. Zapytałam panie, o której po nią przyjść i doradziły, aby się pojawić za dwie godziny. Kiedy przyszłam, było dokładnie tak samo jak rano. Dzieci darły się głośno, a najgłośniej – moja Bianka.

– Mamusiu, zabierz mnie stąd – usłyszałam i oczywiście zabrałam. Później opowiadała mi o zabawkach, o pościeli w słoniki i o obiadku, który jadła i którego składniki dokładnie widziałam na jej ubraniu;) Wydawało się, że się odnalazła…

Drugiego dnia już nie chciała iść wcale. Weszłam z nią do sali. Nie pozwoliła sobie odebrać smoczka, ani zmienić butów z Crocsów na kapcie, które dzień wcześniej razem wybierałyśmy. Zostawiłam ją w sali pokazując jej zabawki, ale widziałam jej smutną minkę wychodząc i słyszałam płacz. Jak tylko opuściłam teren przedszkola rozryczałam się jak bóbr. Ale nikt poza Michałem tego nie widział. Skończyło się dziką kłótnią, że przesadzam.

Tego samego dnia, poprosiłam, żeby Biankę odebrała o 12 moja mama. Jechałam na konferencję i zależało mi na tym, żeby być punktualnie. Dzwoniłam wcześniej i pytałam o Biankę w przedszkolu. Usłyszałam, że wszystkie dzieci z grupy pierwszej płaczą, ale że ona z kolan paniom nie schodzi i że jest duży problem ze smoczkiem (na którego punkcie ostatnio oszalała).

A później już było tylko gorzej… Skulona i zaryczana leżała w kącie z nosem pełnym glutów, nie mogąc złapać oddechu. W tym stanie zobaczyła ją moja mama. Kolejnego dnia – płakała przez 3,5 godziny siedząc u pań na kolanach. Nic nie zjadła. Wypiła szklankę wody. Odbierałam ją całą spoconą, z buzią napuchniętą od płaczu. Polegiwała cały dzień i nie była w stanie nawet się bawić. Jak nie nasza Bianka…

Kolejnego dnia pojechaliśmy ją zaprowadzić do przedszkola oboje z Michałem. Odniosłam kompletną porażkę, bo krzyczała tak głośno, że nie zostanie, że nie było siły. Wystartował więc Michał. Histeria zamiast zelżeć, była coraz głośniejsza. Tego dnia płakała tylko Bianka. I wtedy wyszła do nas pani i poleciła dać sobie i jej spokój. Obserwowała Biankę przez trzy dni i widzi, że nie jest jeszcze gotowa, żeby chodzić do przedszkola.

Dowiedzieliśmy się, że nie jest zainteresowana zabawą, dziećmi, ani nawet placem zabaw. Wszędzie płacze i szuka mamy – pomimo, że już drugi rok wychodzę do pracy i przez większą część dnia mnie nie widzi. Ale słysząc histerię innych dzieci, pt. do mamy, do mamy – też jej uległa.

Panie z przedszkola decyzję pozostawiły nam. Dowiedzieliśmy się, że albo możemy podjąć kolejną próbę i przyprowadzać Biankę stopniowo, na godzinę dziennie, żeby się przyzwyczaiła, albo wrócić za kilka miesięcy. Może wtedy będzie gotowa. W końcu pomimo, że rocznikowo jest trzylatką, tak naprawdę trzy lata skończy dopiero 15 grudnia.

I wtedy jak grom z jasnego nieba spadły na nas złote rady. Część była z serca i wartościowych. Słyszeliśmy i czytaliśmy, że to normalne. Że większość dzieci rozpacza, kiedy rodzic wychodzi a później się uspokaja – ale Bianka się nie uspokaja wcale i dopiero wpada w histerię, kiedy znikamy. Że adaptacja trwa dwa tygodnie, a czasami 4. A u niektórych dzieci zdarza się, że wyją przez cały rok, kiedy mama lub tata odprowadzają ich pod próg budynku przedszkola.

Dowiedziałam się też, że to wina rodziców, bo zbyt emocjonalnie podchodzimy do tematu – gratuluję wszystkim którzy mają w dupach kilkugodzinny płacz i histerię własnych dzieci. Ogólnie biorąc dowiedziałam się, że spazmy są ok i że się przyzwyczai.

Natomiast w piątek Bianka obudziła się z gorączką i gilami do pasa – prawdopodobnie z tego płaczu i zapoconych ubrań. I zaczęła bać się wychodzenia z domu w ogóle, w obawie, że po drodze do parku babcia zahaczy o przedszkole.

Moja mama zaczęła przecinanie, odcinianie i totalne odzwyczajanie jej od smoczka. Wczoraj niestety nie dała się zaprowadzić do przedszkola zapierając się nogami i wyjąc wniebogłosy, że nie chce i że się boi. Dziś kolejna próba zakończyła się fiaskiem. Dzieci znów płakały, więc ona razem z nimi i nie było mowy o pozostawieniu jej na siłę.

– Każde dziecko prędzej czy później się przyzwyczai, ale nie warto robić jej tego na siłę, jeśli ma pani możliwości – usłyszałam od jednej z pań, za co jestem ogromnie wdzięczna. Bianka nie jest gotowa, pomimo, że pół mojego facebooka i instagrama wmawia mi, że się zaadaptuje. Możliwe, ale jakim kosztem?

Kosztem chorób wywołanych histerią (katar ma do dziś i zaczyna jej się kaszel), a może kosztem takich emocji jak wymioty i posikiwanie łóżka w nocy – co spotkało jej koleżankę z parkowego placu zabaw, która próbowała chodzić do prywatnego przedszkola kilka ulic dalej.

Czy wprowadzanie dziecka, które nie jest gotowe w tak silną traumę – ma sens? Czy cokolwiek jest w stanie wynagrodzić jego/jej zaburzone poczucie bezpieczeństwa? W moim odbiorze – nie. Ale ja mam ten “komfort”, że nie dość, że mogę pracować z kanapy (jak w tej chwili), nocą czy w święta, nie muszę się nikomu meldować w biurze i mam mamę, która pomimo, że ma już serdecznie dość – pomaga mi z Bianką.

Gdybym nie miała tych możliwości, musiałabym w tym momencie wypruwać sobie żyły, żeby zarobić na opiekunkę i brać urlopy na żądanie, żeby przyzwyczaić dziecko do nowego towarzystwa. Nic nie jest komfortowym rozwiązaniem. Bo wygoda polegałaby na tym, gdyby dziecko szło do przedszkola na kilka godzin, a matka w te kilka godzin wyrabiała się ze sprawami służbowymi. To ideał, do którego będę dążyć. Ale dziś póki co daję małej czas. I sobie też. Nie chcę jej zniechęcić, ani zrazić do pań z przedszkola i samej instytucji. Poczekam może tydzień, może dwa, a może miesiąc i wtedy wystartujemy ponownie.

Mam wyrzuty sumienia wobec mamy, której obiecałam, że od września wreszcie będzie mogła cieszyć się wolnością. Póki co moje wszelkie plany wzięły w łeb. Przepłakałam je, przekrzyczałam, pokłóciłam się ze wszystkimi najbliższymi osobami, a od niedzieli jestem ostro zaziębiona. Emocje przedszkolne dotykają także nas – rodziców (więcej o byciu mamą pisałam, m.in. pod tym linkiem Mama, mamka, mamuśka. Czym jest macierzyństwo?). To nie jest takie proste jak się wydaje osobom, które tego nie przeżyły. Jeśli twoje dziecko nie płakało na początku przedszkola czy szkoły – ciesz się. Jesteś w tej szczęśliwej mniejszości, która nie musi przeżywać tego, co my teraz. Ale to nie jest powód, żeby krytykować takie dzieci i rodziców, jak z mojej rodziny.

Pomimo ogromnych chęci ponieśliśmy porażkę. I w związku z zawalonymi planami – drugi tydzień pracuję z domu i nie doszłam nawet do biura i gonię w piętkę – i w związku z zawodem, który sprawiliśmy Biance, nie słuchając jej braku gotowości do przedszkola. Daliśmy ciała na całej linii. Teraz musimy przełknąć tę gorzką pigułkę i wyciągnąć wnioski. A złote rady znajomych, chyba pozostawimy tam gdzie padły – w mediach społecznościowych. Jesteśmy społeczeństwem, któremu się wydaje, że zna się na wszystkim. Zwłaszcza na cudzych dzieciach.

Może czas przestać oceniać wszystkich tą samą miarą? Komuna się na szczęście skończyła i każdy z nas jest inny. Niezależnie od tego czy ma 2,5 roku czy 56 lat. Wrzucanie każdej adaptacji każdego dziecka do jednego worka wydaje mi się bez sensu. Historia moich dzieci i przedszkola jest łzawa, pomimo, że nikt nie stosuje ani w przedszkolu ani w domu wobec nich przemocy.

Za to usłyszałam od kilku psychologów, że gorszym problemem jest to, kiedy dziecko podczas adaptacji i zostawiania w przedszkolu (chyba, że wcześniej było w żłobku) w ogóle nie płacze. Wówczas pedagog ma prawo myśleć, że to w domu jest coś nie tak. I to dopiero daje do myślenia…

Comments are closed.