Plany, plany, planowanie w planerach całorocznych projekcji tego czego się dokona, co się zobaczy, gdzie pojedzie. I nagle plany biorą w łeb. Dosłownie. Świat ląduje na przymusowej kwarantannie, która jest sprawdzianem dla wszystkich planistów. Nie ma wyjścia. Trzeba usiąść na czterech literach i czekać. Tylko od nas samych zależy czy będzie to czekanie na wyrok i droga przez mękę czy może czas, który ma sens.

Plany? Nie, dziękuję!

Jakie macie plany na święta? Jak wygląda wasz plan na letnie wakacje? I co planujecie zrobić w ten weekend? Nasze mamy doprowadzały nas tymi pytaniami do szału. Powód? Oboje jesteśmy, a raczej byliśmy za bardzo przytłoczeni planami w pracy, żeby jeszcze planować życie.

Nie planowałam, że Michał mi się oświadczy, bo kiedy wydawało mi się, że to nastąpi – on miał inny pomysł. Nie planowałam, że urządzę ślub u księdza Wojtka – najwspanialszego plebana i gospodarza, który nie patrzy na biurokrację ani inne bzdury, tylko na człowieka. Nie planowałam, że miejsce, w którym urządzimy wesele będzie położone 20 metrów od teraźniejszej szkoły mojego syna. Ani nawet, że będę mieć syna. Nie planowałam kiedy będę mieć drugie dziecko, bo okazało się, że wszechświat, Bóg lub jak kto woli los – ma na to inny pomysł niż ja sama. Wszystko, co ważne w moim życiu stało się spotnanicznie. Poza planem.

Ale nie ukrywam, że towarzyszyło tym wszystkim ważnym, wspomnianym powyżej wydarzeniom coś innego. Coś magicznego poza planowaniem, mianowicie: wypowiadanie życzenia. A te życzenia działały u mnie zawsze jak zaklęcia. Przykład? Kiedy powiedziałam mamie: idę na imprezę poznać mojego męża – poznałam Michała i od pierwszego przytulenia wiedziałam, że to z nim spędzę kwarantannę w 2020;)

Kiedy w Prima Aprilis (dwukrotnie, a nawet trzykrotnie podpisywałam 1 kwietnia umowy o pracę – niezły żart i ironia losu) dowiedziałam się, że jestem w pierwszej ciąży, powiedziałam na głos: będę mieć syna. Tak samo było z naszym mieszkaniem i wieloma innymi rzeczami.

Wszystko, co planowaliśmy – nie udawało się. Wszystko poza planem – wychodziło genialnie. W minione ferie mieliśmy być w Helsinkach. Zwiedzać kolejne muzea, galerie, sklepy, knajpy. Spontanicznie postanowiliśmy zobaczyć się ze Świętym Mikołajem na kole podbiegunowym. Udało się i jak czas pokazuje – w ostatnim momencie przed zamknięciem świata. To była jedna z piękniejszych podróży. Planowałam ją wam opisać, ale wiadomo co z tego wyszło…

Wyzwanie za wyzwaniem

Wiem, że nie miałam pisać o koronawirusie, ale musiałabym być na permanentnym haju, żeby nie połączyć tego co dzieje się teraz w mojej i waszych głowach z wydarzeniami na świecie. Stało się. Ktoś lub coś – ja obstawiam, że i natura i człowiek maczali palce w tym, żebyśmy w końcu się zatrzymali. Efekt? Plany wzięły w łeb.

I to nie tylko moje, twoje czy nasze plany. Wszystkie. Budżety wielkich korporacji, małych rodzinnych firm, konkursy, wycieczki, wakacje – co prawda zostało do nich kilka miesięcy, ale już wiadomo, że nie będą takie jak do tej pory. Jak reaguje większość z nas, która jednak mimo wszystko chociaż w pracy jest przyzwyczajona do planowania, “deadline’ów”, “asapów” i “cito”? Zaczęliśmy wyznaczać sobie cele (tzw. challenge) w mediach społecznościowych. Każdy się z początku nimi zachłysnął myśląc o perspektywie dwóch tygodni w zamknięciu. A później się zmęczył. A następnie wszedł w fazę irytacji. A po ponad 3 tygodniach w domu – w moment olewania challengów, wyzwań, odpowiadania czyimś planom.

Skąd te plany?

W dzisiejszym świecie jesteśmy nauczeni, że nagradza się nas tylko za wykonane zadania. Według filozofii wschodnich wszystko w naturze jest dualistyczne. Wszystko można podzielić na: Yin i Yang lub Feminine and Masculine, albo Shiva i Shakti. Każdy nurt filozoficzny trochę inaczej to nazywa i rozgranicza te podziały.
Z perspektywy filozofii Tao, wszystko co istnieje w naszym świecie materialnym ma cechy yin i yang, z wyraźną dominacją jednego z nich. Działanie, robienie, dynamika, wyznaczenie celów, akcja – to typowe dla energii Yang, tak zwanej męskiej. A przyjmowanie, bycie, statyka, akceptacja rzeczywistości, brak akcji – to typowe dla energii Yin – wyjaśnia Natalia Zawada, instruktorka jogi Yin.

I dodaje, że w naturze wszystko co Yang ma dla równowagi odpowiednią ilość Yin. Dlatego obecna sytuacja, pt. zamknięcie w domach, niepewność jutra, zmiana planów lub całkowity ich brak, niedotrzymanie celów, terminów, najbardziej uderza w osoby przyzwyczajone do działania od celu do celu. Od punktu A do punktu B (chciałam napisać G, ciekawe co na to Freud;)).

I nagle cel znika. Praca jest zatrzymana. Zamrożone środki. Odwołane loty, rezerwacje, spotkania. Chaos, niepokój, nieporządek. Jaka jest więc naturalna reakcja osób przyzwyczajonych do działania?

Jako pierwsi zaczęli wyznaczać tzw. challenge, czyli wyzwania. Fitnessowe, artystyczne, fotograficzne, taneczne, modowe, urodowe, itp. Wszystko, co wydarzyło się na instagramie i facebooku przez ostatnie tygodnie – mam na myśli łańcuszki powracających wyzwań – świadczy o tym, że ludziom brakuje celów i działania. Czują się pogubieni. Sama temu uległam przez chwilę, próbując zapełnić “pustkę”. Kiedy już pokazałam swoje spa, wysmarowałam się samoopalaczem, zatańczyłam, poćwiczyłam, byłam sexy, stroiłam się, czesałam i miałam świetny nastrój, poczułam, że nie mam w ogóle sił na nic. Że mi się po prostu nie chce nic. Kolejne wyzwania zaczęłam przeglądać jak nudne menu, albo kanały sportowe w telewizji, które mnie zupełnie nie interesują. A chwilami irytuje mnie ich natłok.

Ani ze mnie sportowiec, ani tancerka, ani kucharka, ani nauczycielka własnych dzieci. Malowałam się w domu, bo pracuję z domu, to i maluję się dalej. Ale kiedy nie mam ochoty to mam w poważaniu wszelkie mejkapy. Poczułam się osaczona tym nadmiarem uwagi wszystkich osób, które nominowały mnie do wykonywania kolejnych zadań, kiedy walił mi się cały świat na głowę. Zostałam sama z dziećmi i musiałam je uczyć, bawić, zajmować, karmić, poić, podcierać, podtrzymywać kontakty służbowe, pisać (to było średnio realne). Challenge (czelendże?) zadziałały na mnie w pewnej chwili jak płachta na byka, choć ich założenie było z początku fajne.

Szansa na sukces?

Natomiast nie na wszystkich kwarantanna działa tak samo. Każdego z nas kształtują doświadczenia – nawet wychillowanych joginów. I moja siostra Nati nie byłaby dziś tym, kim jest gdyby nie przeżyła różnych rzeczy po drodze. Podobnie jak ja nie byłabym dziś tu, gdzie jestem, gdybym się w porę nie zatrzymała. Możliwe, że teraz wypruwałabym sobie żyły pracując zdalnie po nocach, żeby udowodnić szefowi, że mój etat jest niezbędny i jestem najlepsza na świecie. A dziś – nie muszę nic.

Podobnie jak moja siostra. Natalia Zawada jest joginką, ale z zawodu projektantką mody. Pracowała m.in. u Alexandra McQueena i tam poczuła prawdziwy smak ciśnienia i dążenia po trupach do sukcesu. Niestety wielka moda, dla której wiele osób dałoby się pokroić, żeby się chociażby o nią otrzeć a co dopiero tworzyć u boku mistrza – jest okrutna. Nastawiona na zyski. Na walkę. Rywalizację. Tak, jakby kobieta, która jest przecież jej główną odbiorczynią była w innej galaktyce. Zupełnie zbędna, bo ważniejsze jest szarpanie się o blichtr i sławę i oklaski.

Nati kilka lat temu zmieniła swoje życie i zaczęła tworzyć modę bardziej zrównoważoną, ekologiczną (jest założycielką marki Starseeds). Nie nastawioną na sławę i wielki glam. Wygodną i miłą dla ciała, dobrą dla ludzi, którzy ją wykonują a przy tym dla osób, które ją kupują (bez pestycydów, środków chemicznych uczulających, materiałów, które wyjaławiają ziemię – m.in. z bawełny organicznej, bambusa czy fusów po kawie). Z osoby wkręconej w londyńskie tempo, ostatni rok zupełnie zmienił obroty jej życia i spędziła go na Bali i zmieniła się w osobę dużo bardziej świadomą. Na Bali  wszystko jest trochę na wstecznym. Nikt się nie śpieszy, a czekanie jest wpisane w codzienność. Podobnie jak niepowodzenia, a to uczy pokory, której wielu nam brakuje.

Będąc u niej gościem w sierpniu i wrześniu zeszłego roku, zrozumiałam, że wszystko, co mnie denerwuje w Indonezji, pochodzi z mojego środka. I jest to zniecierpliwienie, ciśnienie, pośpiech, zbyt intensywne planowanie. A tam trzeba się zatrzymać. I z kwarantanną, która przecież przyszła właśnie ze wschodu (sic!) dokładnie tak jest. Trzeba się zatrzymać, poczekać. Przestać planować i wymyślać – bo i tak się nie przewidzi. Czyli czas na energię yin. 

Człowiek zachodu przestał uznawać cechy yin za normalne, naturalne. Jesteśmy tak strasznie nastawieni na sukces – a co najgorsze na nim nie poprzestajemy… Wieczne poszukiwanie kolejnych zadań prowadzi do wypalenia, wypaczenia wartości, podupadania na zdrowiu mentalnie i fizycznie – mówi Nati Zawada i dodaje – Całkowite przestawienie się na energię yin też nie jest zdrowe. Żeby człowiek był zdrowy, musi mieć zachowany balans yin i yang. Ale nie da się ukryć, że sytuacja, w której teraz jesteśmy zmusza nas żebyśmy byli bardziej yin. Nie wszyscy są w stanie wytrzymać. Jeżeli jesteś osobą, która zmieniła swoje codzienne cele w challenge na instagramie, to prawdopodobnie nie czujesz się dobrze pozostając w energii yin. Szukasz zastępstwa dla tego co do tej pory odciągało cię od zajrzenia w siebie, akceptacji, bycia tu i teraz, skupieniu się na teraźniejszości zamiast wybiegać w przyszłość. Na pewno kwarantanna jest dla ciebie wielką lekcją…

Dla mnie jest więcej niż lekcją. To walka z samą sobą.

Setki miraży

Oczywiście sama się złapałam na tym, że w pierwszym i drugim tygodniu kwarantanny ćwiczyłam, tańczyłam, robiłam dziesiątki zdjęć i nagrań na instagram. Popadłam w amok twórczy (powiedzmy;)). Ale później poczułam, że zeszło ze mnie powietrze i wróciła moja natura. I wiem, że wiele osób tak miało, że pomimo dynamiki pierwszych kilku – kilkunastu dni, nastąpiła zmiana nastroju. Klapki z oczu opadły. Nic nie jest jak dawniej. I przez najbliższe tygodnie lub miesiące nie będzie.

Może się pojawić dół, łzy i nerwica. Nagle zostajemy zamknięci w domach ze wszystkimi domownikami lub właśnie bez. Z poczuciem braku własnej przestrzeni lub przytłoczeni samotnością. Z niemożnością rozmów na żywo, bliskiego kontaktu z drugim człowiekiem. Ale przede wszystkim bez wolności wyborów, z cyklu idę do sklepu, do mamy czy na basen, lecę na urlop – bo mam ochotę. Tęsknota za swobodą też może być przytłaczająca i powodować marazm.

– Być może jesteś w drugim spektrum i popadłeś/łaś właśnie w totalną malignę i deprę – wtedy to  znaczy, że jesteś za bardzo yin. To, co się dzieje teraz na całym świecie pozwala nam zwolnic tempo, przyjrzeć się naturze (jak tam wszystko jest zbalansowane). Być może nauczymy się zwolnić, wsłuchać w siebie, zaakceptować to co mamy tu i teraz i po prostu być. Być może te ograniczenia, które nam narzucono spowodują rozwój kreatywności. Ponieważ jesteśmy zmuszeni, żeby przestawić się na inne myślenie. Jedno jest pewne – świat po COVID-19 na pewno już nie będzie taki sam. Każdy z nas przez coś przechodzi i każdy wyjdzie z tej sytuacji z głową pełną nowych przemyśleń – podsumowuje Nati Zawada.

Yin i yang, tak jak dzień i noc, przypływ i odpływ, wdech i wydech, słońce i księżyc – się dopełniają. Trudno zaakceptować stan trwania, jeśli na co dzień się biegło, załatwiało, gasiło przysłowiowe pożary. A teraz dla wielu osób – nie dla wszystkich, bo niektórzy szefowie ze wszech miar próbują udowodnić, że właśnie to jest moment, żeby pracować jeszcze więcej – czas się jakby zatrzymał. Wydłuża się jak chiński makaron. I ciągnie bez końca.

 

Jak stagnacja i bezruch wpływa na osoby aktywne? Tracą energię i siły witalne. Dlatego dwa dni temu posprzątałam nieruszane od roku półki w kuchni – tylko dlatego, że przestałam mieć poczucie obowiązku, że muszę spędzać 24 godziny z dziećmi i poświęcać czas na ich a nie swoje potrzeby, a dziś pomyłam okna – również kosztem uwagi na i dla dzieci (właśnie teraz uczę się, że nie mogę i nawet nie chcę poświęcać im 100 proc sekund, minut i godzin, bo potrzebuję choć ułamek momentów dla siebie).

Nie mam planu, co jeszcze mogę posprzątać, ale wiem, że w każdym zakamarku mieszkania czai się nieruszany przez długie miesiące lub lata bałagan. Taki, na który nigdy nie było czasu. I którego nie mam planu, ale potrzebę poukładać. Żyję z dnia na dzień. A raczej żyjemy, bo jesteśmy czworogłowym organizmem o różnej formie, która zmienia się jak pogoda w marcu.

Tej wiosny mieliśmy zjeść rocznicową pizzę w Neapolu, spędzić razem święta z całą rodziną, jeździć z dziećmi rowerami po Bornholmie i odwiedzić Nati w Azji lub spotkać się z nią w pół drogi. Póki co nie udało nam się zrealizować żadnego z tych planów i prawdopodobnie w 2020 się nie uda. Przykre? Poza niedoszłymi spotkaniami z rodziną inne rzeczy można odłożyć na później. Manana.

Za to dzięki kwarantannie mamy: hamak na balkonie, umyte okna, naukę cierpliwości i pracy na open space, które jest jednocześnie sypialnią, bawialnią, szkołą, jadalnią i salą gimnastyczną. Powoli przestawiamy się na inne funkcjonowanie bez konkretnego celu i planu – poza przetrwaniem. Mamy też momentami nerwicę, nad którą musimy pracować. Może jeszcze przyjdzie czas na kreatywność i przemyślenia. Kto wie?