Płaski brzuch zawsze był moim marzeniem. Od dziecka pomimo, że nogi i ręce miałam dość szczupłe, fałdy na brzuchu były nieodłączną częścią mojej figury. A po ciążach, po rozciągnięciu skóry – było tylko gorzej. Namówiona na serię 12 zabiegów w kriokomorze CryoSpace w DNA Clinics przekonałam się, że to jednak realne do osiągnięcia!

Wieczne fałdki

Do tej pory myślałam o swoim ciele, że ma nieodłączne fałdki, a płaski brzuch jest dla mnie sferą tak odległą jak wycieczka dokoła świata (przynajmniej póki co tej drugiej nie mogę zrealizować). Pogodzona z tym faktem, nie przejmowałam się wydętym brzuchem po zjedzeniu lub wypiciu niektórych rzeczy – sorry, ale nigdy nie polubię brokułów ani kalafiora czy kapusty, nie wspomiając o piwie pszenicznym.  Fałdki, wałeczki lub po prostu “bandzioch”, jak nazywa go pieszczotliwie moja chudziuteńka sąsiadka, towarzyszył mi od zawsze.

Ciąże sprawiły, że po raz pierwszy na swój brzuch patrzyłam z mniejszą niechęcią. Nawet go pokochałam, bo mieszkały w nim moje dzieciaki i wreszcie jego wypukłość była uzasadniona. Dla odmiany moja siostra zawsze miała piękny, płaski brzuszek i obłędne wcięcie w talii, a ja się czułam przy niej jak kartofel. Nie mniej, po ciążach tkanki na brzuchu jeszcze bardziej się rozciągnęły. I pomimo serii zabiegów Icoone i Endermologii LPG (pisałam o nich w Chcesz pokazać swoje nogi? Nie zapomnij o tych zabiegach), brzuch był wciąż “sfałdowany”. Ćwiczyłam jogę, znienawidzoną pozycję w kształcie litery V, żeby brzuch wzmocnić. Z jednej strony był silny, a z drugiej wciąż odstawał, wystawał, wylewał się z formy. Jego struktura nieco zmieniła się po tegorocznym detoksie (ColoVada Plus), który obiecuję opisać przy innej okazji. Ale po powrocie do normalnej diety, bandzioch powrócił.

Wizyta w chłodni

Zbliżały się wakacyjne wyjazdy, szykowałam się do kupna nowego bikini i dałam namówić na serię zabiegów w kriokomorze CryoSpace w DNA Clinics, w Elektrowni Powiśle. Po pierwsze, dlatego, że właścicielki kliniki obiecywały jędrną, zwartą skórę. Po drugie, że to najszybszy zabieg świata, który w przypadku programu, który wybrałam, czyli Slim Body (minus 120 stopni Celsjusza), trwa “całe” 4 minuty. A po trzecie dlatego, że poczytałam o obłędnych właściwościach niskich temperatur, których organicznie nie znoszę jako istota ciepłolubna i… postanowiłam przełamać swoją strefę komfortu.

Pierwsza wizyta w kriokomorze była mocno chłodnym początkiem. Przed wejściem do kabiny, która wygląda jak czarna zaokrąglona lodówka (z której wystaje tylko głowa, żeby nie oddychać parującym ciekłym azotem), zakłada się welurowe ubranko ochronne: top, spodenki, rękawiczki i skarpetki. Do tego koniecznie Crocsy, żeby stopy nie odmarzły. W komorze należy krążyć, poruszać się, aby żadna z okolic przesadnie nie marzła. Przez 2-3 pierwsze sesje było mi dość zimno i ostatnia minuta wydawała się godziną. Natomiast na kolejne wizyty leciałam jak na skrzydłach. Co więcej, żeby nie marnować czasu na dojazdy, wsiadałam na rower. Miałam więc przyjemne z pożytecznym: trening na rowerze (kilka kilometrów w jedną i drugą stronę) plus zabieg ujędrniająco- wyszczuplający.

Płaski brzuch?

Oczywiście nie wierzcie w mityczne zabiegi, które przynoszą efekty po jednej wizycie czy bez żadnego wysiłku. Sesje krioterapii łączyłam – przyznaję uczciwie – z jazdą na rowerze w obie strony. Dieta? Nie jadłam lodów – to chyba pierwszy od lat sezon, kiedy przestały mi po detoksie smakować, bo wszystkie są skandalicznie słodkie – ani ciastek. Ale piłam prosecco, wino, jadłam mięso i kiełbasy z grilla, makaron i chleb. Może burzę teraz idealną wizję zdrowego odżywiania, ale kocham jeść i nie raz zdarzyło mi się w trakcie trwania serii krioterapii zjeść niemal w całości pizzę. Ale się ruszałam – nie tylko chodząc 4 minuty po komorze CryoSpace, więc myślę, że to kwestia stymulacji metabolizmu.

I to jest clue do całej historii. Zdjęcie powyżej pokazuje jak wyglądał mój brzuch po pierwszej lub po drugiej sesji w DNA Clinics. Pomarszczona, rozciągnięta trzema porodami i czterema ciążami – skóra (mam dwoje dzieci, ale urodziłam troje, ale to osobny rozdział), dolna, wystająca fałda, jakbym połknęła głęboki talerz lub miseczkę. I do tego ledwo zarysowane mięśnie (chyba przez lupę je tylko widać), pomimo lat ćwiczeń. Po ok. 6 sesjach zabiegu Slim Body (jak już wspominałam: 4 minuty w 120 stopniach, w ochronnym ubranku), zauważyłam, że brzuch się jakby zasysa. Stawał się coraz bardziej płaski i zaczęłam dostrzegać u siebie talię! Skutek: pobiegłam do Zary kupić szorty z podwyższonym stanem i poczułam się naprawdę zgrabną kobietą.

Talia osy

W ciągu ostatnich kilka zabiegów nie dość, że żałowałam, że moja przygoda z krioterapią się kończy, to na dodatek uzależniłam się od “skutków” ubocznych tego zabiegu. Po pierwsze: poprawy metabolizmu, z którą wiąże się fakt uczucia lekkości na brzuchu i na duchu. Po drugie: poprawy humoru, bo potężne chłodzenie wywołuje endorfiny, a minus 120 stopni to trochę szok termiczny dla organizmu. Po trzecie: rytuału przyjeżdżania rowerem, wskakiwania do komory na chłodzenie i jazdy rowerem z uśmiechem na twarzy. To był jedyny moment dla siebie, jaki sobie dawałam w wybitnie intensywnym okresie pracy, jakim są te “wakacje”. To był mój czas i bardzo mi go teraz brakuje.

Jakich jeszcze efektów można oczekiwać po serii w kriokomorze? Zabiegi są przeróżne – od tych pobudzających, idealnych na kaca lub niewyspanie, poprzez zabiegów dla facetów na potencję, odchudzające (jak ten mój), na anti-aging kończąc (wówczas wchodzi się do komory na 2 minuty, ale temperatura zjeżdża do minus 180-190 stopni Celsjusza). Efektem zawsze jest lekkie pobudzenie – lepsze niż podwójne espresso, szybszy metabolizm i więcej energii. Skutki urodowe, to jędrna, bardziej zwarta skóra, mniejszy cellulit i mniej tłuszczu. Więcej informacji znajdziecie w DNA Clinics, a dowód na to, że te zabiegi działają macie na zdjęciach. Widząc jak bardzo zmieniło się moje ciało z pewnością jeszcze wrócę na zabiegi. Zaraziłam już nimi kilka przyjaciółek i są równie zachwycone!

Comments are closed.